Jest godzina popółnocna szesnaście. Za oknem pieje kogut. O ile jeszcze byłam w stanie zrozumieć wczorajsze darcie japy jakiegoś uchmielonego trio na rzewną nutę: Kaaaaa Miiiiiil! poprzetykaną rosochatymi kurwami i chichotem obłąkanym z zabarwieniem czkawki, to dla dzisiejszego dziobowycia nie mam ni krzty wyrozumiałości. Osobnik, który raczył przyprowadzić tegoż ptaka pod mój blok, raczy się z nim oddalić w trybie natychmiastowym.

Jako, że jest godzina popółnocna, Czytelnik uważny może mi zarzucić po pierwsze niepoczytalność słuchowo-wzrokową z naleciałościami omamów, której stanowczo oczywiśnie zaprzeczam, jako, że w tej godzinie sprawnie i naczelnie funkcjonują mi wszystkie zmysły, ze zmysłem estetycznym na czele - bałwochwalącym ciszę nocną i święty spokój; po drugie - senność, co też natychmiast należy odrzucić, bo jak mogę spać, skoro za oknem pieje mi kogut!
I po trzecie - kurzą głuchotę, o ile coś takiego istnieje i do tego śmie wyć na swojską nutę.

Z racji tego, że pora natenczasowa nie jest jakoś zbytnio charakterystyczna dla występowania w przyrodzie tego typu pień, postuluję, żeby na dniach tę sprawę zbadać i przedłożyć odpowiednim władzom. Kogut do ptaków nocnych nie należy i nie życzę sobie, żeby mi tu stawał.

***

Nie byłabym sobą, gdybym przez dziesięć minut nie ślęczała w oknie i próbowała go przydybać. Zresztą okazuje się, że nie tylko ja jestem tą sprawą zainteresowana, co zdecydowanie poprawiło mi samopoczucie - albowiem sąsiad po lewej poniższej stronie też zdobył się na wystawienie głowy ze swego okna i zapuszczenie lukensa w stronę bliżej nieokreśloną. Nomen-omen, i on - też najwidoczniej nie byłby sobą, gdyby nie przedsięwziął jakichś kroków w tejże sprawie, ponieważ po małej przyczajce - począł rzucać kamieniami z kwiatków w miejsce domniemanego pobytu koguta. To zaś spodobało się nieopodalległym wyrostkom, którzy zamiast spać i śnić o gołych babach, wyleźli przed blok i zajęli się przedrzeźnianiem kuraka. Koniec świata.

***

Po chwili, jakby tego było mało, wczorajsze trio i dzisiaj postanowiło dać swój rećtal na rzewną, znaną nam już skądinąd nutę: Kaaaaaa Miiiiiiil, po czym rechocząc i parskając nad wyraz głośno przyłączyło się do piania. Przyrzekłam sobie cicho w duszy, że jak jeszcze mój lawinowo-kamienny sąsiad weźmie się do tego wycia, to i ja nie omieszkam wejść ze swoim solo!

***

Godzina pierwsza prawie - po zabawie. Sprawa się wyjaśniła, cholero-stereo. Trio zwinęło manatki, którym tej nocy pragnęło przywołać Kamila i z chichotem rubasznym, a wulgarnym wycofało się z okolic mojej klatki zabierając ze sobą sprzęt grająco-śpiewający z rustykalnymi wstawkami o zabarwieniu horrendalnym i wykrzyknieniami: Teleranek!

Jak dobrze pójdzie, to może jutro zagrają Marsyliankę:)

Aleje Solidarności

Kiedy staram się cofnąć myślami w bliżej nieokreśloną przeszłość, do momentu, w którym ze skrawków dni nabrzmiałych słońcem, dziewczęcymi marzeniami, zabawianiem się w śledzia w zatłoczonych tramwajach i wiecznym spóźnialstwem wpisanym już w kalendarz, podczas celebrowania któregoś tam z kolei roku studiów - do czegoś, co choć przez pryzmat zwykłego okołospotykania się może wyłonić z mojej przestrzeni Twoją postać - to usilnie i pewnie wracam do tego jednego przystanku pomazanego w barwy narodowe, tłocznego i gwarnego, na którym to, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z Twojego istnienia.

Spotykaliśmy się tam, tak, jak się spotykają setki innych ludzi, z torbami, plecakami, odświętnym kołnierzykiem, bo akurat egzamin, bo szef wymaga w pracy; widując się, co jakiś czas, rzadki bardzoż, gdyż przy moim wiecznym spóźnieniu trudno było spotykać kogokolwiek na czas i na miejsce. Niemniej w dniach, kiedy odzywał się we mnie syndrom starej babci - to zdarzało mi się widywać Ciebie właśnie na tym przystanku, zawsze po prawej stronie, przy literach Ś i Ć, wieńczących dumne: Solidarno. Dni te obfitowały w: z uczelni, z widzenia.

***

Wałcz

Kto wie, czy przypadkiem nie widzieliśmy się wcześniej. Powiedzmy - w wieku lat moich dwunastu, kiedy bywałam u dalekich wujków ciotek od strony mamy zaludniających trawiasto-ogrodowe tereny wałeckich skwerów. Kto wie, czy latając po podwórku z łopatą w jednej ręce, a książką w drugiej, nie minęliśmy się na jakimś wzgórzu, w jakimś sklepie, nie jechaliśmy jednym autobusem letnim, przewożącym, jak, co lipiec, co sierpień - pasażerów na śledzika. No kto to wie. Tak mógł wyglądać nasz pierwszy raz.

***

Literatura polska wobec Zagłady

Wybrałam ten fakultet tylko dlatego, że liczyłam na nawiązania do Powstania Warszawskiego. Wcześniejszy teatr, sztuki wizualne, barokowe impresje i awangardowe trendy zostały wyeliminowane z mojego kalendarza drogą lubię-nie lubię albo z braku laku, albo w wyniku spodziewanej nudy przemożebnej, albo też ze względu na godzinę odbywania się, jako, że studentka ze mnie dostatecznie leniwa i kapryśna. Zagłada co prawda, następowała co tydzień, w ostatni dzień mojego tygodnia, tj. czwartek w godzinach juści wieczornych, niemniej nomen-omen chodząc w kratkę, jakoś się zawsze na te zajęcia doczołgałam. Wtedy też po raz pierwszy od Natalii dowiedziałam się, że jesteś zakochany.

Stałam wtedy w berecie przekrzywionym nad uchem, zziajana i spóźniona, z Dichterem w ręce i z Michałem przy boku, który śmiejąc się mówił: O, Powstanie przyszło i śpiewał Pałacyk Michla. Ty byłeś taki speszony, Natalia rozbawiona, wszyscy porozumiewawczy, a ja przepuszczając tę myśl przez głowę zastanawiałam się, czy zdążę po zajęciach jeszcze wypić kawę zanim pojadę na trening dżudo. To tak wyglądało Twoje pierwsze wyznanie.

***

Przystanek Ulica Fredry

Akurat na jutro trzeba było przeczytać Tworki Bieńczyka. Oczywiście ich nie miałam, oczywiście zamierzałam, jak zwykle, nie przyjść. Wtedy spotkałam Cię z Hanią przy kiosku na Fredry. Mówiliście coś o fakultecie i o tym, że też nie za bardzo z tym tekstem i że iiii tam, nie czytamy. Wtedy wspomniałeś o seminarium i tej recenzji Myśliwskiego, którą ja pisałam wciąż i wciąż w bliżej nieokreślonej przyszłości. Zdaje się, że też jej nie miałeś. Tak wyglądała nasza pierwsza rozmowa.

***

Futuryzm za oknem

Tylko z tego jednego fakultetu były wpisy w sesji i jak ten burak ostatni siedziałam bez sensu cztery dni w Poznaniu zamiast cieszyć się rozkosznym i rodzinnym Pomorzem. Przez chwilę chciałam przekazać indeks Hani i oddać się błogim trzem tygodniom, które w czasie zimowym zawsze cieszą studentów z sesją ciągłą, niemniej obudziła się we mnie jakaś nutka obowiązkowości - olaboga - sama postanowiłam się po ten wpis wybrać, co więcej - umówić nawet na możliwy egzamin. Cuda się zdarzają. Wybranie się oczywiście umożliwiła mi Hania, bo ja jak zwykle ni godziny, ni sali nie znałam i takim też sposobem wylądowałam na zaliczeniu godzinę przed - do dziś nie zgaduję, kto i dlaczego mnie tak podpuścił.;) Ty już tam, bardzo niespodziewanie oczywiście, byłeś. I to była najwłaściwsza godzina w moim życiu. Właściwa o tyle, że na czas i na miejscu.

***

Aleje Solidarności

Dziś tu mieszkam. Razem z Tobą schodzę na prawą stronę przystanku i staję przy patriotycznych Ś i Ć. Wkładam Ci palec do nosa, analizuję co dzisiaj zjemy na obiad, kłócę się o to, kto jest lepszy, bo Ty jesteś, a Ty mówisz, że ja, ale to tylko z takiej dobroci serca, żebym mogła się w ogóle z Tobą o cokolwiek pokłócić. Dziś przestawiam Ci talerze w szafce, zostawiam na biurku tusz do rzęs, piję z Twojego kubka, specjalnie gaszę Ci światło w łazience, zabieram w nocy kołdrę i nadaję razem z Tobą imiona dla naszych dzieci.

Jakby się tak głębiej zastanowić, to właściwie nie pamiętam już życia przed trzydziestym pierwszym stycznia tego roku. Wtedy chyba go po prostu jeszcze nie było:)

Dziś też w sposób szczególny myślę o tym wszystkim, co w związku z nami; knuję i spiskuję niecnie czekając na Twój jutrzejszy powrót z tych wałeckich okolic, z których najlepiej pamiętam szlauf ogrodowy i wielki brzuch wujka. I chcę Cię mieć przy sobie zaraz i natychmiast, żeby powiedzieć Ci po raz kolejny, jak wiele do Ciebie czuję i jak ważny jest to dzień, bo dzięki jego powtarzalności mogę myśleć w kategoriach: my, nam, nas.

***

Nas przekładających się na nieskończoność.

W dniu urodzin Kotowi, Kit.

Lipy dymią. I jest w tym ich dymieniu, perleniu się, zwijaniu w kłaczki waty cukrowej jakaś prawdziwie mistyczna, łzawa, rozczulająca i sentymentalna doniosłość - rodem z alergogennych romansów, gdzie kochanica kicha podczas uniesienia, bo ją pyłek onieśmiela, a może nagość oblubieńca - w zmysły jej się słodko wwierca. A jak nie - to lipa.

I brodzi się w tym lipieniu, jak w tatarakach obdzieranych ze skóry przez ostre koziki małych rozbójniczek malujących oczy na czarno kredkami mejbelyna, - gdzieś wśród cykania sitowia, co jak mokry zegarek przewierca się w załomach czasu, gdzieś w Dalí. I brodzi się, jak w babim lecie, słodkim i klejącym, zaplątującym ramiona na szyi, duszącym, upalnym i zmierzchowym, - w czasie, w którym trawa oddaje się chodnikowi, a widmowe spadochrony mleczy są wypuszczane w świat przez nieostrożne śledztwa i dochodzenia kretów.

Ma się wówczas ochotę wpaść w tę pianę ubitą z żółtka mnicha-doktora i parmezanu męskiej stałości. Wszak nie od dziś wiadomo, że soki puszczamy tylko w stanach większego podniecenia, a zwłaszcza, gdy jesteśmy w stanie.

A jak nie - to lipa.

Imprezy niszowe mają to do siebie, że wymagają od swoich kontestatorów wiele uwagi, wiele cierpliwości, zrozumienia dla sztuki wysokiej, silnych nerwów, nobliwości oraz umysłu chłonnego, wielkiego, przygotowanego dla doznań estetycznych wysokiej klasy - na tańce, pienia, wygi - czy tam - bohomazy.
Wejście na jedną z takich imprez, nie dość, że kosztuje fortunę, to jeszcze wymaga czujności, gotowości na przydybanie, przyszpilenie takiej okazji, wyłuskanie jest, po myśliwsku z sideł. A gdy nam już ona w takie wpadnie i skapnie możliwość uczestnictwa w przedsięwzięciu wielkim - słodkim, wiotkim, choć naprędkim, trzeba zrobić się na bóstwo, zadbać o swe ochędóstwo - jakoż wszyscy dobrze wiecie, sztuka wymaga wyrzeczeń.

Moi sąsiedzi i znany już, skądinąd - Pan Karol - są zaś w tej uprzywilejowanej sytuacji, że imprezy zamknięte, ponętne, składowe, te dla vipostwa i te, co niszowe, nie są im wcale obce i wstrętne, rzecz nawet można, że cud-ponętne, a to i jeszcze za mą przyczyną, taką to jestem świetną dziewczyną.
Albowiem bowiem z łaski niebiosów, talentów wielkich, mocnego głosu, czyniąc od rana zadość gawiedzi - dałamże koncert, jak przy spowiedzi.
Leżącże plackiem dziś na podłodze, machając kapciem na prawej nodze, w loży honoru mając Karola, śpiew swój zaczęłam od unisona.

Repertuarem siejąc defetyzm, bawiąc się nutą, godząc w profetyzm - wybrałam pieśni reprezentacje - kwitną kasztany nam i akacje - więc godzi śpiewać się, co następuje: Ludu, mój Ludu i Alleluję.
Zaczęłam cicho z Achem mój Jezu, jakże ty klęczysz, jak przy pacierzu, w Ogrójcu krwiąże pomazany, za nasze grzechy bi czo wa ny. Później się wspięłam na wyższe tony, świergocąc z mocą: namaszczony! Ludu mmmój Ludu, cożemmm ci uczynił, czemmem zasmmucił, albo czemm zawinił - wydatnie znacząc em dwuwargowe, wielce żarliwe, murmurandowe. Potem rećtal wlazł w profanację - składając dźwięki za koronację - dźwięki o panie, składamy dźwięki za twe kościelne, swojskie piosenki.
Występ zakończon nutą - pogrzebem, o dobrym panu, co stał nad brzegiem.

***

Wniosek jest jeden moi kochani - spędy niszowe sąże do bani. Lepiej się bawić w zgiełku i tłoku, na Openerze i na Woodstocku.

by Mag & Karol

Wielkie wyprawy mają to do siebie, że zawsze odbywają się do miejsc niewielkich, zwyczajnych, pozornie banalnych i zarezerwowanych dla wizytatorów wszelkich, bez względu na wiek, płeć, rozmiar, nastawienie do świata i hermeneutyczny punkt widzenia w kontekście paradygmatu wykładni teorii Stanleja Fisza.

Wielkie wyprawy zazwyczaj rozpoczynają się od pomysłu natychmiastowego, pomysłu fikuśnego, który karmi wyprawiających się euforią i zaangażowaniem, rozbrajającą radością na widok kolejki parowej, sufitowo - półtorametrowej, wiodącej do przybytku zarezerwowanego dla fauny i flory, gdzie żyją dzikie zwierzce i gdzie piszczą bachory.

Zresztą, ZOObaczcie sami.

Mała furtka, przeciągły gwizd i Pan Dziadek zaganiający, zapraszający, rosły i uśmiechnięty, mrugający na dzieciaki, panny, wanny i chłopaki. Kłęby dymu, para buch! koła w ruch i jedziemy w przeciągłym parobrocie, w dymie, Krymie, z piskiem, z wizgiem, czując, że światy się przed nami otwierają, światy ogromne, światy dzikie - brykiem, migiem!

Stacja Zwierzyniec, gdzie para w górę, panny sznurem, każda szuka dobrego miejsca, swoje wystoi w kolejce do kolejki. Dawniej Maltanką jeździło się ze smakiem, a teraz z Goliatem, bo wszystko małe, wszystko jakby przeznaczone dla tych, co targają tornistry i chyba szczerze lubią gwizdy, no i zielony lizak sepleniącego se pana, który rozrusza tę machinę.

KUC SZETLANDZKI

Na początek beztroski kuc, taki ot pogromca siana. Niby towarzyski, ale zanim pozwoli sobie na swawole, najpierw łypie, strzyże, smarknie, żeby efekt zrobić bardziej. Takiemu to przynoszą przekąski, wstążki, badyle. Sam się prosił o rozczesanie, ale odwagi to wymaga większej.

W żłobie leeeeży, którz pooooobieży, podać sianko małeeemu!

ALE GRATKA, SURYKATKA

Ta pani wygląda, jakby chciała nam powiedzieć: jesteście smutni i nudni. Chyba nie widziała leniwca!;)

Ta pani też dobrze wie, że “nie garb się nie wystarczy”. A hasło “kup pajączka”, zamieniłaby na “zjedz pajączka”.

MARABUT, CZYLI BUT NA MARACH

Najdziwniejszy typ buta jaki widziałem, niezbadane są koleje stopy, po kontakcie z takim ptakim. Przyroda posiliła się na żart widocznie, siądź przechodniu koło tego, a nie odpoczniesz.

Sam żeś but! To najbardziej genialny i niezaprzeczalnie najlepszy okaz całego Zu! Styl, fason, szyk, krzyk. We fraku, ach ptaku! Z dostojeństwem i powagą przechadzał się założywszy skrzydła, niczym ręce z tyłu i koncypując nad nietrwałością rzeczy świata tego dziobał się w podgardło. Och, facando!

QUIZ! ( dla spostrzegawczych)

A czy Ty wiesz, co to za zwierz?

SOWA, ODLOTOWA

Esencja rozpieprzenia i totalnego nicnierobienia. Zaszczyceni lukensem z jednego oka, dajemy tu ją, choć miała być foka.

W kategorii elastycznych karków ta kupka piór wygrywa, a niech.

Każda stateczna - bezpieczna.

NOSOROŻEC BIAŁY, BARDZO ZUCHWAŁY

Miejsce: ZOO, godzina: południowa, temperatura: umiarkowana, a ten najcięższy z grona egzotycznych ganiał za kaczkami! Rzucał nogami jak maczetami, no i prawie, prawie dorwał bliźniaków.

Pies na kaczki.

PTAK KAROLA

Stoi, jak trzeba. No, dorodny okaz.:)

Siedzi, na gałęzi, tym razem…

SITATUNGI

Akrobacje nie ptasie, nie małpie, nie wodne, a jeleniowate! Z lekkością linoskoczka, z wyczuciem żonglera, z ubarwieniem dywanowym na grzbiecie. Bierze, co świeże.

Bardzo ładny punkt widokowy. Na przeciwko barek kawowo-gofrowy.

KACZY BACHOR ( by Karol)

Zwierzę nadwodne, dorodne. Syczało i skubało trawę wdając się w dyskusje z jakimś rosłym mężczyzną, który swoimi wywodami w języku ptasim rozbarabanił pół ZOO. Przez chwilę chciałam je chapnąć do torby, ale wizja posiadania własnego ptaka mnie przerosła.

Kiedy my do przodu pyk pyk, z boku kwoka na nas syku syk, bo przed nami nie siedział pasikonik, ani kapsel w zielsku, a stwór, który ma mnóstwo uroku w swoim małym cielsku.

***

Do zoo!

Najpierw wsadził mi palec do nosa, potem nachuchał do ucha, zaśmiał się cicho i kucając tuż przy mojej głowie przyssał się buzią w ciup do owalu oka sycząc i jodłując, i wpychając mi się pod kołdrę z donośnym: - Ty zbóju! Ty zbóju, ty jeszcze śpisz!
Tak, śpię, jak przystało na godzinę rano szóstą, senną, bierną oraz tłustą. Grzesząc przy tym niesłychanie. Mały burzy me posłanie i gryzawszy prześcieradło fika, pryka, zew barykad.  By po chwili krzyknąć gromko, że czas biegać, bo jest słonko. Więc w tym stanie, niesłychanie, wkładam portki, zbieram lanie ( bo za wolno, zazaspale), chwile, mile, barabanie!

Już po chwili zostaję mianowana naczelnym tyhrysem tej części ełwropy i w postaci skoków posuwistych, gęstych, częstych i parzystych ścigam małe pięciolecie, zwinnie, płynnie po tapecie i po ścianach żółto-złotych malowanych w czarne koty. Ono zaś w podrygach wielkich, rzutkich fikach, skokach wszelkich i w bieganiu po suficie, zmyka mi że wyśmienicie. A gdy uda mi się chapnąć, złapać, bujnąć, kopnąć, capnąć i przyciągnąć do buziaka tegoż cud miód hot chłopaka, to nie szczędzę mu udręki, za co później zbieram cęgi.

Pałer Rendżer wówczas kicha, smęci, wierci się i wzdycha i próbuje cnych forteli, by wyłuskać się z pościeli. A na koniec, gdy odsapnie, kopnie misia, gryźnie Magdę, kiedy biją na jutrzenkę, kiedy ja zapadam w drzemkę, co wyrwana z środka nocy, on otwiera karmel oczy i z wyrzutem niezmierzonym, trąbi, skacze, barabani, że on walczy z tygrysami, i że nie ma: tanie, spanie. Mówi i mi spuszcza lanie.

***

Dzielę się tu myślą bystrą - jestem ciotką zajebistą. :)

Jeżeli jeszcze nie wiecie - co lubi jeść Ronaldo, jak zostać królową lateksu, co robi śledziona, gdy jest śledzona i dlaczego wietnam pig posiada rącze nóżki, to znak, że macie poważne zaległości w czytaniu Bawidełek, skarbnicy wiedzy o rzeczach wielkich i jeszcze większych.

I tak - poprzez podsumowanie dwumiesięcznych, marcowo-kwietniowych statystyk wychodzi nam na to, że stronę w tych dniach odwiedziło ponad piętnaście tysięcy osób, co nam daje dwieście koma pięćdziesiąt pięć osób na dzień, a bez ekscesów matematycznych - wiela człeka, co się nam przez te pielesze przewija, w pieleszach tych śpi, łazi, snuje, czy też spamuje.

W perspektywie dziesięciu miesięcy - w których to czasie prowadzę ten przybytek rozpusty i namiętności, przy ugoszczeniu bez mała czterdziestu pięciu tysięcy osób o różnych porach dnia i nocy, w różnych czasoprzestrzeniach i zwierzeniach, najchętniej wstukiwaną frazą internautów, prowadzącą na baw.com, jest - serduszko (1,309), zdecydowany faworyt, a dalej za nim gimnazjalistki - w różnych kombinacjach (315), świnie, guziec (455), pałer rendżers (171), bawidełka (189) i harem (magiczne 69). Z mniej popularnych, aczkolwiek często wpisywanych mamy tutaj: 64-tańczące parabole, 64-cochones, 52-bohun, 49-palma wielkanocna, czy męskie rzeczy, w liczbie aż 46. Od czterdziestu - zaczyna się wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Schulzu z jego stopami włącznie.

Stopy jakoś w ogóle są uprzywilejowane na tym blogu. Mamy tutaj bowiem: stopy gimnazjalistek, dojrzałe stopy panów, stopy u Schulza, polskie stopy naj, rajstopy, stopy o wschodzie słońca i stopy na gorąco. Tak, to zdecydowanie najbardziej reprezentatywna część ciała na Bawidełkach. Za nimi daleko, daleko w tyle są fantastyczne biodra okalające, kolano z bigosem, bandażowane oczy, kikutowe paznokcie i wspomniana już wyżej śledziona śledziona.

Wielką wizytówką bloga jest oczywiśnie też, również przytoczony powyżej, dział gimnazjalny, a więc: stopy gimnazjalistek, zboczone gimnazjalistki, pamiętniki gimnazjalistek, gimnazjalistki w skafandrach, gimnazjalistki w bieliźnie, w pończochach, w dresach, w końcu: gimnazjalne doświadczenia prymarne i gimnazjum kurwa jego mać.

Resztę fraz, nazw, pragnień i namiętności internautów szanownych możemy podzielić na kilka podgrup, od banałów poczynając: ach, och, ej, myśli, pierdoły, świnie, a na słownictwie specjalistycznym kończąc.
Dla porządku przedstawiamy je w następujących katalogach:
# nauki ścisłe - posadzki matematyczne, jak dodać, żeby wyszło sześćdziesiąt dziewięć ( 1+1 - przyp. aut.), trzecia zasada dynamiki w tramwaju, palma i jej funkcje, białe tabletki z trójkątem, trójkąt pięcioramienny, dziki seks matematyków.
# nauki humanistyczne - życie kobiet przed emancypacją, wymyślona baśń na suficie, czym się bawili chłopcy z placu broni (sławy- przyp. aut.), tragizm anny bovary (!), seksowne dziady, kto chciał nałkowską, pierdolić żeromskiego.
# stosunki międzynarodowe - wietnam pig, eunuchy w haremie koniecznie azja!, jak zrobić czapki dla jaskółek, kraina pałer rendżers, intymne kontakty września, czy fak ju.
# przedmioty codziennego użytku - zegar z koniem, trzepak ze śmietaną, trupie pomarańcze, pobite jaja.
# odwieczne pytania ludzkości - dlaczego nie lubię gołębi?, jak zaprosić kobietę na kawę? czy jak jestem zmęczona to wypada mi być wyrozumiałą?, co lubi jeść ronaldo? co robić gdy syn zamyka oczy podczas jedzenia naleśników?
# eufemizmy - nieskończony kretyn, czapmen, kobieta kobyła, facet burdel, kobieta wieloryb.

Do perełek zaliczyć ponad to można: rozdziewiczanie kretów, ptaka kozę, miłosne wypadki motocyklowe i herbatę z kartoflem.

***

Z okazji dziesięciomiesięcznej bytności bloga wszystkim Czytelnikom Bawidełek serdecznie dziękuję za namiętne i chętne odwiedziny tychże i jak zawsze - polecam się na przyszłość.
Ukłony, Mag.

- Zna pani Fiflaka?

Pytanie wyrosło przede mną niczym dorodna warząchew wśród pól i zbóż kołyszących się niwami chochli, skrobaków i tłuczków, przed kucharzem nieumiejętnym, choć doskonałym w swej nieumiejętnej umiejętności przypalania wody i solenia herbaty.

Przez chwilę wertowałam kartoteki wszystkich znajomych, przypadkowe spotkania, zaczytania, dzienniki pociągowe, kawy zbożowe pite po barach trzeciego świata, ale Fiflaka wśród nich nie było. Przyznałam się więc do totalnej ignorancji i havunołajdijam odnośnie znajomości takich jegomości, i zapytałam grzecznie acz podejrzliwie, o powody, dla których zostaję zagajana w sposób obcesowy i odrobinę natrętny, przez tego blond pana, w butach na rzep, od rana, na na na na.

- Niestety nie znam – mówię tak skromnie.

Pan tak z ukosa, ze smarkiem z nosa, okiem figlarnym, ciemnym, nachalnym mruga, że do mnie wielce zadziornie.

- Zna pani. Załoze śe.

- Ja też.

Do rozmowy, w dzień słońcowy włącza się Pan Dziadek boczny, rześki, siwy, granat oczny i z uśmiechem, nie oblechem, kiwa do mnie brody mechem.

- Ja też?

Pytam grzecznie. Wobec szturmu porannego, gdzieś na drodze Kaufland Love - pętla giętka, tramwajowe tam smoczyska pędzą stadnie, biorę, godzę się bezwładnie - na Fiflaka.

***

Osiem i trójka, trójka i osiem, trasa Piątkowska, dziadek i Tosiek. A tak dokładniej: to Pan Tonisław. Rodzice, zda się, więzi ułańskie, onomastyka, ach dynamika. - To zna go Pfani!

Jestem do bani. Jasne, że nie znam, cóżże poradzę. Dziadek mi mruga: to naprowadzę, a ja jak zawsze w takim spotkaniu, wciągam się, daję, jedźmy tramwaju!

- Bo prose pani, ja go spotkałem tu wczoraj. Wczoraj… Wczoraj… Wczoraj…

I się zamyślił. Dziadek mi mruga. To mi wygląda - podryw na wnuka, ale niech będzie. Już zaraz maj. Fiflak, nie Fiflak, byle był naj!

- Jak on wygląda? - pytam się ładnie.

Dziadek mi mruga! A niech to, myślę - słodko, kapryśnie, niechaj mu za to oko wypadnie.

- Wyglądnie ładnie - Tosiek orzeka - Chudy i zwiły.

- Jaki?

Zawiły, problem się robi. Na dziadka to już nawet nie patrzę, wiem, że mi mruga, choć może właśnie wpadło mu niecnie coś do óczdołu. Nie wiem i badam obu pospołu.

- Zwiły, no taki, jak u ślimaka.

Dziwna natura tego Fiflaka zaczyna bawić mnie niezmierzenie. Jestem stracona, prawie się żenię z tym pięciolatkiem, co mi rozprawia o cudach świata, bajkach i śnieniach, dziadek mi mruga, nic się nie zmienia.

- Fiflak to będzie taki czarodziej - mówi mi mały.

Taki dzień co dzień to się nie zdarza. Mówię mu na to: - Niech nam czaruje i zrobi lato.

Mały się śmieje, dziadek mi mruga, mija minuta jedna i druga, a mnie wysiadać trzeba naprędce. Żegnam się, Tosiek wyciąga w ręce do mnie totalnie pomiętoszone kwiaty mleczowe i jak pierścionek daje mi klejąc się niepomiernie. Dziękuję pięknie, mówię śmiertelnie - ważnie i mądrze, tak, jak w senacie - że na herbacie razem z Fiflakiem są tak widziani mile ach za to, jak za oknami palące lato.

***

Morał się taki z tego wyłania: Mickiewicz uczył Dziadów mrugania.

Magdalena Szczubret

Twórczość Brunona Schulza jako kreowanie alternatywnego świata.

Uważamy słowo potoczne za cień rzeczywistości,

za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie

odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa.[1]

W dzieciństwie karmił muchy cukrem, krainy wyobraźni przemierzał na koniu dorożkarskim, niczym na mitologicznym pegazie, a w dni skwarne i nabrzmiałe od spiekoty łowił kwadraty słońca rozparcelowane po drewnianych podłogach swojego domowego sanktuarium. O sobie zwykł mówić, że nie umie się dzielić czasem, nie umie się dzielić resztkami po kimś[2], że najważniejsze to wstąpić w samego siebie, dotrzeć do esencji, dojrzeć do dzieciństwa i wyżyć życie w pełni, bo kto tego nie zrobi zasługuje na miano największego nieszczęśnika. Wychuchany przez matkę, nieoszczędzany przez niańkę stał się namiętnym bałwochwalcą swojego ojca, którego postać była przyczynkiem do stworzenia wielkiej mitologii istnienia, pierwotnie zawartej w słowie, a później przetransponowanej na rzeczywistość. Bruno Schulz, bo o nim tutaj mowa, nazywając rzeczy i opisując świat, nadał mu sens; wskrzesił pradawne kosmogonie przenosząc je na teraźniejszość i tym samym osadzając je w nieskończoności. Wszak nie ma ani okruszyny wśród naszych idei, która by nie pochodziła z mitologii – nie byłaby przeobrażoną, okaleczoną, przeistoczoną mitologią.[3] Tym samym nadając słowu moc sprawczą wykreował alternatywny świat – w którym wszystko rozpoczyna się i zamyka w wielkim łańcuchu bytu.

Schulz należy do czołówki nowatorów polskiej prozy współczesnej. Obok Witolda Gombrowicza i Stanisława Witkiewicza uważany jest za głównego przedstawiciela rodzimej awangardy w literaturze i sztuce. Urodzony w Drohobyczu na Ukrainie, wychowany w rodzinie o tradycji judaistycznej, pełen wrażliwości na otaczający go świat i zdolności dostrzegania jego wielkości w najmniejszych szczegółach, stał się Schulz najaktywniejszym duchowo przedstawicielem swojego pokolenia, którego był późnym spadkobiercą. Zauroczony zwyczajnością, która zawierała dlań ukrytą symbolikę, metafizyczną treść, uzdolniony plastycznie i zafascynowany obrzędowością - poprzez swoją twórczość dał podstawy do odtworzenia odwiecznych bajań ludzkości – wskrzesił mit upadłych aniołów, czasy mesjaszowe, których ideałem było dojrzewanie do dzieciństwa, odrestaurował urok tandety, przyjemnej krzątaniny dnia codziennego, będącej przyczynkiem do wniebowstąpienia pospolitości. Skupiając się na słowie i jego doniosłej roli w konstruowaniu sensów, stał się bałwochwalcą powszedności i wielkim herezjarchą mitologii głębi nasyconej liryzmem, oniryzmem i fantastyką.

Na początku Schulzowskiego świata było słowo, słowo podzieliło się na sens i tak powstała mitologika czasu i przestrzeni, w obrębie której dochodzi do wyznaczenia terytorium autorskiego mikrokosmosu zawartego w realizacji tęsknot i wiecznego powrotu do genialnej epoki, którą jest dla autora Sklepów cynamonowych – dzieciństwo. Funkcję alternatywy więc przyjmuje tutaj kreacja rzeczywistości opartej na zależnościach czasowo-przestrzennych, w które wpisuje się sposób widzenia świata przez jednostkę.

Świat Schulza jest wytworem słów konstruowanym na kilku płaszczyznach. Po pierwsze ogromną rolę w jego obrębie pełni indywidualność, jako wyznacznik percepcji i przyczynek do esencjonalności. Byt jednostkowy jest tutaj kluczem do poznania świata; jego doświadczenie, punkt widzenia, otoczenie, w jakim przebywa i wiek, w którym się aktualnie znajduje - stają się podstawą do odbioru rzeczywistości.

Najaktywniejszy duchowo stosunek do otaczającej rzeczywistości daje dzieciństwo: każdemu odbiorowi wrażeń, każdemu doznaniu towarzyszy akt kreatorski wyobraźni, na każdym kroku rodzą się mity etiologiczne. Jest to powtarzający się na wstępie każdej indywidualnej biografii prapoczątek, stworzenie świata. Rzeczywistość zaznawana po raz pierwszy, nie usystematyzowana doświadczeniem, nie obciążona żadną wiedzą o jej prawidłach i strukturze, podporządkowuje się nowym asocjacjom, przybiera proponowane jej kształty, ożywa zapłodniona dynamizującym widzeniem. Tam właśnie, w owej mitotwórczej sferze, jest źródło, i meta dzieła Brunona Schulza i jego programu artystycznego.[4]

Schulz nie odtwarza metodą wspominkową, ale realizuję tęsknotę. Cofa się do dzieciństwa, żeby dzięki temu odnaleźć drogę ku przyszłości. Ta paradoksalna antynomia umożliwia mu stworzenie świata, który rządzi się zasadą wiecznego powrotu. Tak naprawdę wszystko już było i wszystko się wydarzyło, a to, co przytrafia się nam w teraźniejszości jest nawrotem dawnych wypadków. Ekspansja jest możliwa tylko dzięki regresji. Powrót do genialnej epoki, do dzieciństwa, to możliwość odtworzenia pradawnych mitów, a co za tym idzie i rekonstrukcja współczesności, którą rządzi czas i przestrzeń.

Na początku warto poświęcić nieco uwagi samemu pojęciu czasoprzestrzeni. Według definicji zaproponowanej przez Michaiła Bachtina, jest to formalno – treściowa kategoria literacka, jednocząca w ramach określonej całości elementy czasowe i przestrzenne, wchodzące w dziele ze sobą w nierozerwalny związek.[5] Dominantą tej całości pozostaje jednak czas. Bachtin wprowadza tu zamienne pojęcie chronotypu, a wzajemne relacje dwóch podstawowych elementów fabuły określa w następujących słowach:

Czas nabiera tutaj gęstości, nieprzejrzystości, staje się czymś artystycznie widzialnym, przestrzeń wciągnięta w ruch czasu, fabuły, historii nasyca się ich energią. Cechy czasu odsłaniają się w przestrzeni, zaś przestrzeń znajduje w czasie swój sens i miarę. To krzyżowanie się porządków i złączenie cech stanowi o charakterze czasoprzestrzeni artystycznej.[6]

U Schulza istotne jest zerwanie z tradycyjną, dziewiętnastowieczną konwencją tworzenia czasoprzestrzeni, opartą na zasadzie naśladownictwa rzeczywistości i zachowania realnego ciągu przyczynowo - skutkowego. Pisarz tworzy swój własny świat oparty na widzeniach sennych, mitologii głębi, psychoanalizie i sile wyobraźni konstytuującej sensy. W nim wszystko rządzi się swoimi prawami, nie do końca zgodnymi z zasadami logiki. Rozwija się na pograniczu jawy i snu, realiów i fantastyki, czasu historycznego i mitycznego. Wszystkie elementy świata przedstawionego posiadają charakter symboliczny i metaforyczny. Autor Mityzacji rzeczywistości z niebywałą łatwością przechodzi od pozornej banalności i nudy życia codziennego do fantastycznych wizji sprowokowanych przez promień słońca, puch unoszący się w powietrzu, damską stopę czy zawartość kosza służącej. Tu człowiek potrafi, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w jednej chwili zmienić się w ptaka lub muchę, poszybować nad miastem, na łóżku, jak w łodzi przebywać przestrzenie i gonić po łąkach urojone fantomy. Schulz – kreacjonista dąży do odkrycia zjawisk i doznań znajdujących się poza zasięgiem potocznego doświadczenia, czerpie wiedzę z tego, co podpowie mu intuicja i podświadomość. Wyraża tu własny, indywidualny sposób ich postrzegania i odczuwania.

Czas i przestrzeń odgrywają w opowiadaniach rolę kluczową, a jako dwa porządki są wobec siebie współmierne.

Przestrzeń jest fragmentem rzeczywistości w sensie geometryczno – fizycznym, czyli terytorium, na którym rozwijają się zdarzenia, znajdują się przedmioty, ludzie, dzieją się określone zjawiska, opisywane w dziele. Zasadnicze dla opisów tworów przestrzennych są informacje o ich składnikach, wewnętrznych relacjach i właściwościach sensorycznych, czyli cechach dostrzegalnych za pomocą zmysłów.[7] Z teoretycznego punktu widzenia możemy wyróżnić przestrzenie: wewnętrzną i zewnętrzną, ogarniającą i ogarnianą, a także rzeczywistą, fizyczną oraz symboliczną, kreowaną za pomocą języka i rozmaitych środków artystycznych, a w przypadku Schulza szczególnie metafor. Odnosząc te wnioski do opowiadań, można stwierdzić, że istnieje w nich przestrzeń realna, fizyczna, ale dominuje symboliczna, subiektywna, posiadająca rozmaite przenośne sensy.

Przestrzeń w opowiadaniach zorientowana jest według pozycji głównego bohatera, który przeważnie też pełni funkcję narratora. Świat postrzega przez pryzmat własnej osobowości i obserwuje go z punktu widzenia środka, z miejsca intymnego. Posiada on cechy i rysy biograficzne autora, ma na imię Józef i jest synem żydowskiego kupca. Na kartach opowiadań podlega ewolucji. W cyklu Sklepy cynamonowe jest małym chłopcem, uczniem, wreszcie dojrzewającym młodzieńcem. W Sanatorium pod Klepsydrą to dorosły mężczyzna dźwigający balast życiowych doświadczeń, a w końcu zdziecinniały starzec. Staje się on trwałym punktem odniesienia wobec wszystkich relacji przestrzennych. Współtworzy przestrzeń, a jednocześnie podlega jej rozmaitym oddziaływaniom.

W centrum świata znajduje się więc człowiek, a otaczają go rozmaite kategorie przestrzenne: dom, ogród, miasto, okolica. Specyfiką tego miejsca jest jego rozbicie, dezintegracja, rozwarstwienie na rozmaite bliskie i dalekie światy. Schulz nazywa to zjawisko „rozluźnieniem tkanki rzeczywistości”. I tak najbliżej człowieka są jego myśli i odczucia, otoczenie swojskie, codzienne, które konstruuje świat banalny, zwyczajny. Do niego należą rytuały witania dnia, spożywania posiłków, wychodzenia na spacery. Tutaj Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona, z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca[8], tutaj wzdłuż szaf chwiały się kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu rozpylonym chlorofilem[9], tu w końcu szedł ulicami przez wszystkie okna odblask kobaltowej wiosny, otwierały się, dźwięcząc, szyby, jedna za drugą, pełne błękitu i ognia niebieskiego, firanki wstawały jak na alarm, i przeciąg radosny i lekki szedł tym szpalerem wśród falujących muślinów.[10] Wszystko to jest bliskie i oswojone. Im dalsze i rozleglejsze są zaś obszary przestrzenne, tym mniej są znane, a bardziej dzikie, groźne, tajemnicze, ale i kuszące. W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, (…). Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej, śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca – jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. [11] Rzeczywistość swojska jest wyraźnie ograniczona, natomiast daleka i obca obejmuje całą ziemię i rozrasta się w bezmiar wszechświata.

Najbliższa bohaterowi jest fizyczna przestrzeń jego własnego pokoju i rodzinnego domu. Do niego więc odnoszą się wszystkie metafory ludzkiego schronienia. To podstawa opozycji przestrzennej: człowiek – wszechświat. Tu skupia się codzienne życie rodziny, odbywają się rozmaite rytuały; dom daje poczucie bezpieczeństwa, nawet jeżeli panuje w nim bałagan. Mieszkanie jest pełne wielkich szaf, głębokich kanap, bladych luster i tandetnych palm sztucznych[12], mieści się na posesji przy rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych, ślepych fasadach, które tak trudno od siebie odróżnić[13]. Na pozór nie ma w tym nic niezwykłego, niemniej świat przedmiotów i miejsc u Schulza żyje swoim własnym tajemnym życiem. To tutaj schody kamienic wydłużają się, pną się w nieskończoność ku górze, uliczki zasklepiają, otwierają co raz to nowsze korytarze, które przekształcają się w labirynty i przeszkody nie do przejścia. Dom i sprzęty ulegają animizacji a nawet personifikacji. Jest to świat widziany oczami dziecka, z jego perspektyw y i z jego ładunkiem emocjonalnym. Tutaj wciąż się coś dzieje, zmienia, nabiera kształtów i kolorów. Raz jest to wielka łódź z falami pościeli, którą bohater podróżuje poprzez czas i przestrzeń, innym razem dom przypomina Arkę Noego, jak w opowiadaniu Ptaki, czy Wiosna, gdzie przedsionek podwórza staje się rogatką przyrody i schronieniem dla zwierząt. Najczęściej jednak ta rzeczywistość zamienia się w labirynt, skomplikowany układ myśli i uczuć, który odzwierciedla zagubienie w noc lipcową, nierozpoznawalność pozornie bliskich sprzętów i znajomego środowiska, w końcu noc i cień zaległy po ulicach, sklepach, szkołach.

Obrazy labiryntowych przestrzeni anektują też człowieka, najpierw jego ciało: „myśl jego zapuszczała się w tajne labirynty własnych wnętrzności” (Nawiedzenie), a następnie psychikę. Labirynty ujawniają swoją halucyjną, wizyjną naturę; noc lipcowa na skraju miasta: „Już nie zabudowuje nas w złudnym labiryncie halucynacyj i majaków” ( Noc lipcowa), podobnie błędne i zawikłane są marzenia senne, a psychika ludzka przedstawiona jest w postaci rozległego parku o splątanych ścieżkach.[14]

Przestrzeń labiryntu jest więc nieodłącznym składnikiem rzeczywistości, który nawarstwia się, przekształca w konstrukty o rozbudowanych poziomach, ekspansywnych zdolnościach mogących zawierać się w słowie i odczuciach, kryjących się w zakamarkach codzienności, na splotach pajęczych nitek zawieszonych u sufitu w pokoju z manekinami, czy w bramie podwórza będącej wstępem i niemym zaproszeniem do wędrówki po niezbadanych pokładach psychiki ludzkiej. To też pozornie łączliwa tkanka ochronna sacrum środka, którym jest dom, a który w kontekście tradycji tego motywu w kulturze europejskiej stanowi symbol boskiej niepoznawalności, ciernistej i trudnodostępnej drogi do doskonałości.[15] Dom jest więc tutaj epicentrum boskiego ducha i materii, świętą przestrzenią, w której człowiek czuje się pewnie i spokojnie. Labirynt natomiast, to przyczółek – warstwa ochronna, która poprzez gąszcz niejasności i nawarstwianie się wątpliwości strzeże dostępu do przestrzeni ducha, wystawiając na próbę cielesność mierzącą się z pokusą, tajemnicą i obawą. W szczególnych przypadkach, pod osłoną nocy oraz w świetle wieczornych majaków błądzących po ścianach salonów – i plan mieszkania – domu – miasta, może się przekształcić w mroczną i pulsującą sieć zaułków, piwnic i poddaszy, nad którą psychika ludzka nie panuje. Wówczas to, co bliskie i znajome zamienia się w świat bezkresny i niezmierzony, zawarty w dudniących tętnicach labiryntu. Charakterystyczna dla Schulza mityczna zależność przenikania się płaszczyzn bliskich i dalekich, pozornie zależnych i obojętnych – zawiera się tutaj w łączliwości fragmentów światów przynależnych sferom sakralnym i zwyczajnym, ogólnodostępnym, a więc – ogólnoludzkim. Wszystkie doznania wykraczające przestrzennie poza mikrokosmos miasta tracą semantykę i rozpływają się w chaos, te zaś, które zakotwiczone są w przestrzennym krajobrazie ojczystych stron, przeradzają się od razu w mitologię, obrastają wielością znaczeń i wykładni.

Labirynt może równie dobrze rozrastać się w przestrzeni, jak i w czasie, ten ostatni bowiem podlega symultanicznym regułom.

Czas u Schulza jest subiektywny, psychologiczny, to mityczny azyl przed nieuchronnym mijaniem przeszłości.[16] Jest on także heretycki i wynalazczy, przywraca to, co minęło, rekompensując nam strwonione i puste dni pełne nudy oraz powszedności. Można pokusić się o stwierdzenie, że gra rolę nienazwanego i niedookreślonego bohatera, który zawiera się w każdej warstwie semantycznej Schulzowskiego słowa, antycypuje wydarzenia i organizuje tkankę zdarzeń opartą na jego mitycznym paradygmacie. Czas to także przyczynek do wstępowania w baśń, w esencjonalność, podstawa kierunku i rozwoju świata. Zawsze wiemy, jaka jest pora roku, dnia, czy świeci słońce, czy może przez rynek letni i parny przechodzi gradobicie. Znamy kwadraty słońca gorejące na wytartych deskach drewnianych podłóg domu w Drohobyczu, za którymi ugania się Nemrod, potrafimy przewidzieć pogodę, wyznaczyć godzinę, określić przejrzystość powietrza. Czas jest tutaj osobą dramatu, nie tylko jego tłem – to mityczny katalizator wydarzeń i spotkań, widzialny kształt przedmiotów odbitych w przemieszczaniach się sfer. Rekompensując wydarzenia minione wciąż odnawia się w warstwie teraźniejszości przekładając się tym samym na nieskończoność. Widoczne jest to już w samej nazwie cyklu opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą.

Nazwa sanatorium jest świadomie dwuznaczna: klepsydra – to ogłoszenie o śmierci, nekrolog, ale także czasomierz. Ten zamierzony podwójny sens tłumaczy się jasno: czas zostaje w sanatorium zaprzęgnięty przekornie do przeciwdziałania śmierci. (…) W sanatorium przebywa dawno zmarły ojciec, któremu w warunkach sanatoryjnych dane jest znów życie za pomocą cofniętego czasu. (…) Sanatorium to Hades przeniesiony z tamtej strony na ten brzeg Styksu, a zarazem metaforyczna przypowieść o sztuce – Schulzowskiej sztuce – wskrzesicielce minionego. Jest i pociąg, zastępujący styksowe czółno, jest Charon – stary kolejarz cierpiący na ból zębów, jest nawet pies-człowiek – groźna postać ze snu, a zarazem nowa wersja klasycznego Cerbera. Transpozycje starożytnej mitologii akcentują wspólnotę wszystkich mitów.[17]

Czas jest też tutaj odpowiednikiem nastrojów i humorów Józefa; pora roku - stanem ducha. I tak wiośnie towarzyszy przebudzenie, inwencja, natchnienie, rewolucja, lecie – banalność uświęcona i wyniesiona ponad wszystko inne, spełnienie marzeń i przetransponowanie ich ku transcendencji, jesieni – ironia, zwątpienie, poszukiwanie, kluczenie bez celu, lawirowanie wśród zastygłych śladów i poszlak po pałającym, i tętniącym sierpniu; zimie zaś – stagnacja i smutek.

Zima odgrywa tu rolę szczególną – to czas zapaści, śmierci, przejścia w labirynt – rewir zapomnienia i ciężkich snów. Pierwsze zdanie opowiadania tytułowego cyklu Sklepy cynamonowe odzwierciedla właśnie ten stan zaciszenia, zapomnienia: W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych z obu stron od poranku i od wieczora w futrzane krawędzie zmierzchów, gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu – ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.[18] Zima jest więc tutaj porą, która otwiera bramy do sfery z pogranicza snu i jawy – to lustrzane odbicie pozostałych okresów wegetacji, wzrastania i plonów; kanwa marzeń sennych odbijająca pragnienia i marzenia ludzkie. Jest też przy tym elementarnym wstępowaniem w esencjonalność, zamknięciem się na to, co dalekie i dotarciem do prabytu rzeczy. Poprzez rozmazanie kształtów i nadanie im fantazmatycznych odcieni kreuje alternatywny świat, w którym – tak, jak i w nocy, podczas majaczeń i przywidzeń – można dojrzeć drugie dno przestrzeni widzialnej – zawartej w szczególe rządzonym przez zmienność i niestałość. W tej porze ojciec porzuca też swoje codzienne zajęcia i zajmuje się kreacją, tworzeniem, zamienia się w herezjarchę i bałwochwalcę manekinów – odbić ludzkich dusz, które w sferze zaśnienia, lekko przydymione i zniekształcone naśladują pozorną rzeczywistość. Obległa nas znowu ze wszystkich stron żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem świtów, pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro długich nocy zimowych.[19] Aby się jej przeciwstawić, pokonać, przywołać choć na chwilę cienie rozżagwionego lata i minuty starć słonecznych w kawalkadach poranków – ojciec zamienia się w demiurga, który słowem, gestem i czynem otwiera w czasoprzestrzeni czwarty wymiar.

Wymiar ten ma znaczenie symboliczne – jest po części „nieskończoną płodnością materii”, tworzącą symultaniczną jednię z rzeczywistością i wskrzeszającą jej wiosnę – a więc temporalny rozkwit życia, z drugiej zaś strony - ciąży on ku transcendencji zamieniając to, co namacalne – w iluzję. Odkrywa zapomniane mity i pradawne kosmogonie odwołując się do kategorii i pojęcia czasu, który jest obrotowy i cykliczny. W ciągu jednego życia człowiek może wyżyć kilkanaście a nawet kilkadziesiąt takich pełnych obrotów, w których każdy przynależny jest określonemu stadium rozwojowemu. I tak młodość przebiega w kołach powtarzalnych, temporalnych, nawrotowych, obrotowych, po wielokroć przywracających pełnię lata i pełnię człowieczeństwa; dojrzałość zaś ma swoją rację w przestrzeni naśladowań, powrotów i poczynań. W końcu dzieje się nawet tak, że przy którymś z kolejnych cyklów następuje coś nieprzewidywalnego, niespodziewanego i któraś pora roku, dnia, czy godziny staje się to uświęconą, upragnioną, „prawdziwszą”.

Ta jedna wiosna miała odwagę wytrwać, pozostać wierną, dotrzymać wszystkiego. Po tylu nieudanych próbach, wzlotach, inkantatach chciała się wreszcie naprawdę ukonstytuować, wybuchnąć na świat wiosną generalną i już ostateczną.[20]

Wówczas życie jednostki odbija się jak gdyby w sferze swojej własnej mitologii i wciela się w kosmiczny łańcuch bytu przekładającego się na nieskończoność i dążącego do transcendentu. Tak bowiem funkcjonuje ten oryginalny zegar: człowiek, wpatrując się w obroty kosmicznego koła, próbuje zrozumieć procesy wpisane w okrąg, nad którego porządkiem i sensem już sam nie panuje – cykl własnego życia, cykl historii. Pozwala to na poskromienie lęku przed śmiercią i starością – oswaja przemijanie, zaklina istnienie w pozorną nieśmiertelność.

Podobnie jak w przypadku przestrzeni, również i czas pisarz stara się uporządkować i skomponować w przejrzystą strukturę. Tyle że współśrodkowym kręgom odpowiadają tu cykle powtarzalnych zjawisk i procesów. [21]

Tak, jak i przestrzeń, matwa się, plącze, przekształca w labirynty i ścieżki donikąd, tak i czas poddaje się komplikacjom. Raz po raz czytamy u Schulza o zdarzeniach mających miejsce w trzynastym nadliczbowym miesiącu, który jest suwerennym terytorium poezji ( opowiadanie Noc wielkiego sezonu), o bocznej odnodze czasu ( Genialna epoka), czy zgoła o miejscu, gdzie nauczono się „reaktywować [...] przeszły czas z jego wszelkimi możliwościami” ( Sanatorium pod Klepsydrą). [22] To zapętlenie chronotypu jest remedium na chorobę ojca, obroną przed śmiercią – prowadzi do zaburzenia chronologicznego porządku, poczucia upływu czasu, pozwala na ekspansję poprzez ciągłą regresję.

Nawiązuje do tego Schulz w swoim programowym eseju Mityzacja rzeczywistości, pisząc, że: Siłą motoryczną wiedzy ludzkiej jest przeświadczenie, że znajdzie ona na końcu swych badań ostateczny sens świata. [...], elementy, których używa do budowy, już były raz użyte, już pochodzą z zapomnianych i rozbitych „historyj”.[23] Zatem to, co się nam przytrafia – wydarzyło się już kiedyś, w bliżej niedookreślonym dzieciństwie ducha, w czasie i przestrzeni przynależnej mitowi, który odradza się poprzez słowa.

Słowo u Schulza jest podwalinami świata; mocą sprawczą jego stawania się i istnienia. „Nazwać coś, znaczy włączyć to w jakiś sens uniwersalny” – pisze autor Sklepów cynamonowych w swoim eseju. Nienazwane nie istnieje, nie ma sensu, tak więc bez odpowiednich desygnatów i ich odpowiedników w rzeczywistości naddanej nie może być mowy o byciu per se. Świat Schulza jest więc wytworem słów i jako taki grawituje, ciąży ku sensowi. Jest też przy tym odrodzeniem się pradawnych mitów i przez to też kreacją przestrzeni zanurzonej w czasie, koncepcją wielkiego powrotu, regresji i ekspansji.

Schulzowska baśń i jej mitotwórstwo rządzi się własnymi, konsekwentnymi prawami, zanurzona jest w języku i przez niego się wypełnia. Zadaniem artysty w tej sytuacji jest odnajdywać w słowach – pod ich potocznym, komunikacyjnym znaczeniem – związki z pierwotnym, mitycznym sensem, korzenie wiodące do stanu jedności, niezróżnicowania, charakteryzującego świat w jego początkach.

W opowiadaniach Schulza łatwo zresztą wskazać liczne obrazy-metafory, odwołujące się do pojęć pierwotności, podglebia, ukrytego jądra rzeczy, istoty Bytu. Krzysztof Stala w najlepszej chyba dotychczas analizie Schulzowskiej metafizyki słowa wskazuje na rolę pojawiającego się w różnych wcieleniach obrazu sklepu, a także podziemia (głównie w Wiośnie) oraz Księgi. Pozwalałoby to mniemać, że rolą poety nie jest kombinowanie słów w czysto językowe konstrukcje, ale przeciwnie – powrót do stanu pierwotnej jedności słowa i rzeczy, redukcja komunikacyjnej funkcji języka.[24]

W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana, bo bohater Schulza jest nie tylko twórcą, ale i odbiorcą, czytelnikiem świata, będącego przecież „tekstem”. Jako czytelnik księgi natury, Księgi Autentyku i innych Ksiąg (książek) próbuje pobudzić w sobie pierwotne, dziecięce władze psychiki, które mu pozwolą na dotarcie do prabytu rzeczy, olśnienie mitycznym ładem, przebijającym spoza zwykłości przedmiotów, zdarzeń i tekstów. Poprzez dotarcie do ideałów dzieciństwa i spojrzenie na świat przez ich pryzmat dokonuje się w nim proces jeszcze głębszego i żywszego przeżywania czasoprzestrzeni. To wstępowanie w głąb, w esencję, dotarcie do Absolutu i prasłowa. Odtworzenie dawnych kosmogonii w taki sposób, jakimi były one doświadczane po raz pierwszy. Słowo w potocznym dzisiejszym znaczeniu jest już tylko fragmentem, rudymentem jakiejś dawnej wszechobejmującej, integralnej mitologii.[25] Odkryć ją można tylko wówczas, gdy się spojrzy na świat i rzeczy tak, jak się patrzyło i doświadczało raz pierwszy – oczami dziecka. „Nie ma materii martwej, Martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nie znane nam formy życia.” - mówi ojciec. To jest punkt widzenia i przekonania człowieka pierwotnego; dziecka i poety. Być w dzieciństwie – to znaczy znajdować się w ojczyźnie baśni, w zaczarowanej rzeczywistości, krainie pramitu. Schulzowska baśń, jej mitotwórstwo rządzi się własnymi, konsekwentnymi prawami, zasadami mitologiki, tworzy spójny system, jak teoria naukowa czy system religijny. [26] Oparta na słowie, wywiedziona z dziecięctwa i ciążąca ku transcendentowi nazwana zostaje Księgą, bądź też Autentykiem.

Księga jest rzeczą pierwszą i elementarną, jest podwaliną jego wyobraźni, a więc – jego światem. Nie musi być – i nie jest – rzeczą obiektywnie cenną, bywa rupieciem, szparagałem. Ale w odczuciu jej wyznawcy jest czymś, wobec czego wielki tom Biblii z ilustracjami Dorégo stanowi jedynie „skażony apokryf, tysiączną kopię, nieudolny falsyfikat”. Bowiem Księga jest biblią własnego zagubionego dzieciństwa. Jej słowa, jej znaki są hasłami ewokacyjnymi dla wybiegającej daleko poza jej dosłowny tekst wszechobejmującej mitologii-poezji. Poprzez Księgę i za jej sprawą, rozpoczął się pierwszy wzlot wyobraźni dziecięcej, która do każdego wersetu dobudowuje dalsze ciągi, nie szczędzi „dopowiedzeń, którymi kitowaliśmy (…) luki”.[27]

Mit Księgi jest u Schulza mitem węzłowym, wokół którego grupują się najważniejsze treści jego pisarskiego przesłania i postulatu. Odczytany w całej rozpiętości swych znaczeń, oświetla zawartą w opowiadaniach ideę sztuki i twórczości, filozofię bytu oraz poznania, i przede wszystkim – jest kanwą dla rozrastania się, piętrzenia chronotypu, który leży u podstaw kreacji świata zamkniętego i wywiedzionego ze słowa. Księga odzwierciedla ideę ładu, jedności świata i umysłu, to postulat, w którym realizuje się mit. To także genialne odbicie zasad czasoprzestrzeni – próba porządkowania chaosu rzeczywistości, wypełnienia zadania artysty, w końcu i dotarcie do prasensu, a więc zrealizowanie i wcielenie w życie idei alternatywnego świata ciążącego ku esencji.


Tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci do formowania. Cała materia faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi dreszczami.[28] To w niej zachodzą wszystkie procesy i akty twórcze, które zdolne są wykreować alternatywę dla myśli, poczynań, gestów i uczuć. Poprzez dotarcie do jej potencjału można doszukać się sensu istnienia zaklętego w pozornie tylko banalnych sprawach, takich jak gorejący na podłodze kwadrat słoneczny będący autentycznym świadectwem sierpnia, pogonią za absolutem drgającą na czubku wypiętego pantofelka Adeli, błyszczącego niczym języczek węża. To możliwość wstąpienia w esencjonalność zamkniętą w gzygzakach myśli, rozżagwionych ogniach dnia, w szkole tresury i łamania charakterów Magdy Wang, czy w starych foliantach pełnych przedziwnych rycin i oszałamiających historyj, w których czas biegnie dwutorowo, a przestrzeń rozrasta się, i rozpiętrza. To w końcu i poezja, czyli krótkie spięcia między słowami, raptowna regeneracja pierwotnych mitów[29], powrotna tęsknota do praojczyzny słownej, z której wszystko wyrasta i w której wszystko się zawiera budując alternatywny świat podległy jej regułom.

***

Czytelnik prawdziwy, na jakiego liczy ta powieść, zrozumie i tak, gdy mu spojrzę głęboko w oczy i na dnie samym zalśnię tym blaskiem. W tym krótkim, a mocnym spojrzeniu, w przelotnym ściśnięciu ręki pochwyci on, przejmie, odpozna – i przymknie oczy z zachwytu nad tą recepcją głęboką. Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?

Bruno Schulz: Sanatorium pod Klepsydrą


Przypisy:


[1] B. Schulz: Mityzacja rzeczywistości. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 386.

[2] Por. B. Schulz: List do Tadeusza Brezy. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 450.

[3] B. Schulz: Mityzacja rzeczywistości. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 386.

[4] J. Ficowski: Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Sejny 2002. s. 29.

[5] M. Bachtin: Problemy literatury i estetyki. Przeł. W. Grajewski. Warszawa 1982.

[6] Tamże. s. 279.

[7] H. Markiewicz: Wymiary dzieła literackiego. Kraków-Wrocław. 1984.

[8] B. Schulz: Sklepy cynamonowe. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 3.

[9] Tamże. s. 45.

[10] B. Schulz: Sanatorium pod klepsydrą. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 137.

[11] B. Schulz: Sklepy cynamonowe. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 54.

[12] Tamże. s. 13.

[13] Tamże. s. 13.

[14] B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. LX.

[15] Por.: B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. LXI.

[16] J. Ficowski: Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Sejny 2002. s. 39.

[17] Tamże. s. 42.

[18] B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 61.

[19] Tamże. s. 27.

[20] B. Schulz: Sanatorium pod Klepsydrą. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s.144.

[21] B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. LVIII.

[22] Por. Tamże. s. LIX.

[23] B. Schulz: Mityzacja rzeczywistości. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s.384.

[24] B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. XCIII.

[25] B. Schulz: Mityzacja rzeczywistości. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s.383.

[26] Zob. J. Ficowski: Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Sejny 2002. s. 31.

[27] Tamże. s. 32.

[28] B. Schulz: Sklepy cynamonowe. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264. s. 54. s. 35.

[29] Zob. B. Schulz: Mityzacja rzeczywistości. w: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/ 264.

Bibliografia:

1. M. Bachtin: Problemy literatury i estetyki. Przeł. W. Grajewski. Warszawa 1982.
2. W. Bolecki: Język poetycki i proza: twórczość Brunona Schulza. W: tegoż Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym. Wrocław 1982.
3. W. Budzyński: Schulz pod kluczem. Warszawa 2001.
4. J. Ficowski: Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia. Sejny 2002.
5. J. Jarzębski: Czasoprzestrzeń mitu i marzenia w prozie Brunona Schulza. W: Powieść jako autokreacja. Warszawa 1984.
6. J. Jarzębski: Schulz. Wrocław 1999.
7. L. Kozikowska – Kowalik: Ukształtowanie przestrzeni w utworach Brunona Schulza. „Rocznik Komisji Historycznoliterackiej”. XVI 1979. s. 157 – 175.
8. H. Markiewicz: Wymiary dzieła literackiego. Kraków – Wrocław 1984. ( tu rozdział: Czas i przestrzeń w utworach narracyjnych).
9. B. Schulz: Szkice krytyczne. Oprac. M. Kitowska – Łysiak. Lublin 2000.
10. B. Schulz: Opowiadania. Wybór esejów i listów. Oprac. J. Jarzębski. BN I/264.
11. J. Speina: Bankructwo realności. Proza Brunona Schulza. Poznań 1974.
12. K. Stala: Na marginesach rzeczywistości. O paradoksach przedstawiania w twórczości Brunona Schulza. Warszawa 1995.
13. K. Stala: Przestrzeń metafizyki, przestrzeń języka. Schulzowskie „mateczniki” sensu. „Pamiętnik Literacki” 1983. z.1. s. 95 – 101.
14. Studia o prozie Brunona Schulza. Pod. Red. T. Bujnickiego. Katowice 1976.
15. Świat odnowiony – według Brunona Schulza. w: Literatura polska XX w. Pod. Red. B. Kaniewskiej, A. Legeżyńskiej, P. Śliwińskiego. Poznań 2005.
16. P. Wróblewski: Metaforyczne obrazy ciemności i nocy w prozie Brunona Schulza. „Rocznik Humanistyczny” 2001/2002. z.6. s. 431 – 443.

Bruno Schulz

Na mojej ulicy rosły dzieci-drzewa, niedojrzałe, skarlałe, supportowane przez mocne belki jesionowe i wstążki koloru zgniłej zieleni, fundowane ich niedorosłym życiom przez zarząd miejski, a dokładnie - wydział osiedlowy do spraw zieleni wszelakiej, zakazówgrywpiłkę i szanujzieleni!, do której to figlarni chłopcy z smarkami rozoranymi po całej buzi przez wiatr lipcowy, zwykli dodawać liść konopny, wielki, ozdobny.

Na mojej ulicy trawa oddawała się chodnikowi w takt butów rżniętych przez asfalt, nachalnie i namiętnie wsiąkając w żyły płyt betonowych, kładących się mozaiką równolegle do korowodów krawężników. Chodników malowanych w klasy, wygibasy, wielkie przepowiednie miłosne, gdzie a ry plus by wy równa się wy ny my.

Na mojej ulicy snem wieczystym spała mała kawka przyduszona przez kota opłota z trzeciego piętra, wielkiego bandziora i bumelanta, który wieczorami groził mi pod oknami doniosłym miaukiem. Razem z delegacją z sąsiedniego podwórka urządziliśmy jej triumfalny pogrzeb, z odczytem i epitafium wymazanym białym wapnem na przegryzionej płytce chodnikowej o treści: Tu leży kawka. Cześć jej pamięci i hańba na kota i jego potomstwo! Rafał chciał dopisać jeszcze R.I.P, bo mówił, że jak gra na swoim Atari, to po śmierci bohaterów właśnie pomniczki z takimi literkami wyskakują, ale Arek ofuknął go należycie mówiąc, że jest debilem i srip R.I.P, niech się sam rypie. Także zostało przy samym: Cześć jej pamięci i hańba na kota, wraz z potomstwem i tegoż potomstwa potomstwem…

Swoją drogą, ktoś wybitnie uważnie musiał słuchać ewengelii - zeszłej niedzieli.

Na moją ulicę każdego wieczoru przyjeżdżał Pan Jan z pobliskiej wsi, razem z Panią Janową, która miała włosy do pasa, jasne jak zboża, piękne jak zorza. Już z daleka było widać ich niebieską syrenkę koloru porannego nieba, a kanki i dzbanki w ich miniaturowym bagażniku stukały o siebie dzwoniąc na modłę wieczorną i zwołując osiedle na wielką ucztę. A zaprawdę ucztować było przy czym. Pan Jan wielki, roześmiany, zawsze w rozchłestanej koszuli i źdźbłami we włosach, rozdawał pęczniejącemu osiedlu butelki, garnuszki, słoiki pełne świeżego mleka. Czasami przybiegało się do niego choćby ze szklanką, z kubkiem, a on potężną chochlą wlewał ten płyn śmietankowy, zimny, przepyszny w nasze dłonie, usta, w nas całych rumianych latem i sierpniem, z rozoranymi kolanami, kupą gołębią na spodenkach, z włosami pachnącymi ziemią i wszystkim, co ją napełnia, piszczących i roześmianych wakacyjnym skwarem i tym mlekiem rozdawanym, dzielonym na wszystkie strony świata przez tego chrystusa naszego wiejskiego zstępującego do nas w chłodnik wieczorny, z którego braliśmy i piliśmy wszyscy, na wieczną pamiątkę.

***

Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość.

#Czytelnik prawdziwy, na jakiego liczy ta powieść, zrozumie i tak, gdy mu spojrzę głęboko w oczy i na dnie samym zalśnię tym blaskiem. W tym krótkim, a mocnym spojrzeniu, w przelotnym ściśnięciu ręki pochwyci on, przejmie, odpozna – i przymknie oczy z zachwytu nad tą recepcją głęboką. Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?#

Autorka

Rupieciarnia

Nieraz już w życiu przekonałem się, jak wiele mogą zdziałać słowa. Odkryłem ich czarodziejską moc. Potrafiły nie tylko zmieniać rzeczywistość, potrafiły ją tworzyć, a w szczególnych wypadkach - nawet ją zastąpić.

Czytelnicy

  • 47,273 wejść
(c) Teksty chronione prawem autorskim. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie zawartości bloga wymaga indywidualnej zgody autora. (c) All rights reserved. Any unauthorised use of any content from this site is in direct violation of copyright.