Mrs. Dalloway said she would buy the flowers herself

lipiec 3, 2009

Co za ranek – jak gdyby ofiarowany w podarku dzieciom z plaży. Z tym słońcem koloru najczystszego piasku, szorstkiego i wilgotnego jak język w otwartej ranie nieba, przeznaczonym tylko na określone okazje i miejsca, zbrodniczo dziś wykwitającym w samym centrum miasta, w nagrzanym tramwaju, w dyskretnych plamach potu pojawiających się na zagięciach koszul. Ranek dziwnie uroczysty i dziecinnie naiwny, rozpuszczający nawet najbardziej dystyngowane miny i profesjonalne makijaże. Aż taki!, że ma się ochotę schodzić boso po śliskich kamieniach w dół rzeki, łowić ryby, czytać Panią Dalloway pod jabłonią i zamawiać u sąsiada koszyk czereśni na kompot, a nie zostawiać roztopione dłonie na poręczach i oparciach w środkach komunikacji miejskiej, dusząc się wcześniej  w tymczasowej, jakże szczerze nielubianej, pracy.

Chociaż, pomyślała Pani Dalloway, może właśnie po to się czegoś nie lubi, żeby potem lubić coś innego podwójnie. I że może jest to pewnego rodzaju nagroda, coś jak burza po całym skwarnym i nieznośnym dniu pracy, w której to szalenie przyjemnie idzie się do domu zlizując krople wody ze spierzchniętych ust i obserwuje dzieci mające prawdziwie bosą ucztę w zagłębieniach ulic pełnych od deszczówki. Śmiejących się i piszczących – nie wiadomo – czy to z powodu deszczu, który spazmatycznie pada i paruje na ich słonecznych karkach, czy też ze wszystkich tych pań, które jak jeden mąż zamieniają się od tuszy loreala i cienia mejbelina w misie panda ze słodkimi, czarnymi obwódkami wokół nienaturalnie białych oczu.

Bo po burzy – świat ma czystą i umytą twarz.


armoured cars sail the sky, they’re pink at dawn

czerwiec 26, 2009

Budzę się i nic nie muszę. Uczucie to przekracza wszelkie wcielenia absolutu. Budzę się i mogę wstać, wyjść przed dom, pochodzić po deszczu, kupić dwie bułki, następnie zjeść je, popić waniliową herbatą i znowu się położyć, bo dlaczegóż nie miałabym się kłaść? Patrzeć w sufit – jak marszczy się w politurze korowodów słonecznych, tych karawan promieni odbywających pielgrzymki przez ogromne przestrzenie moich ścian, zawijać się w kołdrę niczym taki sobie żuk kosmaty, przejść się do kuchni, do piwnicy, wypić szklankę mleka na balkonie, patrzeć jak to mleko wylewa się w swojej końcówce do zlewu i osiada w sitku obleśnie i wulgarnie. I pozwolić sobie na ten luksus nie myślenia o niczym, czyli myślenia o wszystkim. I po prostu wyjść i kupić mięso oraz warzywa bez żadnego pośpiechu, zatrzymując się na placach zabaw, przed każdym przejściem dla pieszych, przed pełną godziną i wystawą z książkami. I wybrać sobie taką, na którą najzwyczajniej w świecie ma się ochotę, a potem wpaść w nią w depresji fotela i odpływać gdzieś tam sobie, odpychając się nogą w marcinowej skarpetce od polichromii dywanu.


Praca Mag

czerwiec 23, 2009

Czas u Schulza jest subiektywny, psychologiczny, to mityczny azyl przed nieuchronnym mijaniem przeszłości. Jest on także heretycki i wynalazczy, przywraca to, co minęło, rekompensując nam strwonione i puste dni pełne nudy oraz powszedności. W jednej chwili z wczoraj robi jutro, a z dziś drugą jesień i noc wielkiego sezonu. Zazwyczaj jednak bywa tak, że śmiga jak z bicza trzasnął i że człowiek nawet nie zdąży się obejrzeć, a już jest gdzieś u końca kolejnej wielkiej przeprawy z poczuciem, że oto wpadło się w jakieś zasklepienie czasoprzestrzeni, i że miast lutego w kalendarzu figurują ostatnie dni czerwca z oficjalnymi zaślubinami z literaturą.

Oznacza to wszystko, ni mniej ni więcej, że za dwadzieścia cztery godziny mówię pracy mag. – tak. Soł łisz mi lak.