Posted by: Mag on: 21/10/2009
O tej porze roku szpilki nabierają nowego, odświętnego stylu i charakteru, przejmując na przełomie października oraz listopada rolę bolców oraz ozdobnych makiet, których nie powstydziłby się nawet mistrz ikebany. Sztuką bowiem jest przejść w nich przez wyłożony mokrymi, sprasowanymi liśćmi chodnik, śliski jak skórka winogrona, bez nabicia kilku takich egzemplarzy jesieni, bezładnie i nieelegancko na wysoki słupek. A i ile potem się trzeba namęczyć, nagimnastykować, żeby pozbyć się takiego nieładu zupełnie niepostrzeżenie i wykwitnie w tramwaju, tak, aby wyglądało , że najzwyczajniej w świecie przestępujemy z nogi na nogę, a nie toczymy walkę na być albo nie być ze zgniłym odpadem pierwszego lepszego klonu.
O tej porze roku inaczej wygląda też sprowadzanie do domu kasztanów, żołędzi, kawałków zdechłej jarzębiny i ostatnich siwych włosów babiego lata. Wszystko bowiem gnije i pachnie starą, zbutwiałą skórą, szorstką i nieprzyjemną w dotyku. Gromadzi się po półkach, wazonach, kieszeniach i doniczkach na balkonie, z których bezpański kot wylizuje resztki ziemi. Nie pozostaje wówczas nic innego jak trzymać się ciepło i nie dawać wszechogarniającej szarości oraz brzydocie. Jak piękna i mądra, ostoja więźniów i grzeszników, święta panienka z Guadalupy.
Posted by: Mag on: 26/09/2009
W powietrzu czuć już ten zapach nadpsucia i zgnilizny, który nadchodzi zawsze wraz z końcem upalnych godzin lata i niepotrzebnie tylko jeszcze zwleka z ogłoszeniem i konstytucją, aż do późnych dni wrześniowych, w których wypełnia się poprzez łuszczenie i więdnięcie. Idzie jesień, bezapelacyjnie. Dzieci nie drą się pod balkonami przed południem pożarte przez szkołę, wszyscy odbierają telefony, autobus o szóstej rano wygląda jak puszka z frosty, a w powietrzu szaleje urokliwe zapalenie pęcherza, ból gardła, reumatyzm, migrena, na zmianę z globusem i platfusem.
Wieczorami, gdy wraca się z zakupów z naręczem kapust, kalarep, mięsiw do zamrożenia, oliwek, śliwek, serów, bajerów, horyzont przeciąga zgniłoróżowa wstążka, jak ze starego, wypłowiałego romansu, w którym starzec-filut całuje białe jak kwiat, młode piersi dziewczęce, o tak.
Widać wtedy, jak przez szkło od butelki, że świat starzeje się i więdnie, trochę dostojnie, a trochę błazeńsko, niczym stara pudernica-kokota, dogorywająca w ognistych woalach i złotych pończochach, majestatyczna i apetyczna, choć lekko zgniła od środka.
Posted by: Mag on: 13/09/2009
Dziś będzie bardzo romantycznie, więc wszyscy ci, którzy są uczuleni na fruwające ptaszki, bijące serduszka, latające dywany i zakończenia rodem z bajek Disneya mogą już teraz bez żalu zamknąć stronę. Oto bowiem rok nam mija z M. zacny i owocny, między innymi, w takie szmery bajery, i nie wspomnieć o tym byłoby zbrodnią. Rok klepania się po tyłkach, włóczenia po nocy, wkładania palców do nosa i gryzienia po plecach, w Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinku, Bangladeszu i Kolumbii, nagrywania nieprzyzwoitych wiadomości na automatyczną sekretarkę i zostawiania liścików po torbach, plecakach, portfelach; opychania się kinder kantry, mycia zębów na balkonie, parzenia królewskiej herbaty, budzenia sąsiadów, bekania, malowania sobie po rękach i zachodzenia od tyłu. Rok naprawdę szczególny i wyjątkowy, odpoznany po latach znajomości, przyjaźni i pierwszego pocałunku przed podstawówką.
Drogi M., z tej też okazji, niech się więc nam on rozmnaża i pęcznieje. I będzie ever after jak w bajkach Disneya. :)
Najnowsze komentarze