Mam ochotę na wieczór ciepły, nabrzmiały i długi. Na buszujące w oknach mokre od pary wodnej firanki, pająki kroplenia się na szybach rozpływających się w zachwycie; pościel pachnącą jaśminem i pieprzem, rozdrabniającą się w cierpkości ust i drżeniu łydek. Na zlizywanie z pozostałości dnia śmietanki wieczności, która zawiera się w cieple dotyku i słodyczy warg. Ochotę mam.

Na filiżanki czekolady z bitą śmietaną i rozpuszczonymi krówkami ciągutkami z odrobiną rumu i cykorii; pomarańcze nurzane w roztopionym lukrze i marcepan przekładany truflami. Na cierpkość wiśni w gorzkiej czekoladzie i anyż poprzetykany wanilią. Żeby parnym wieczorem wchodząc po cichu, przy zdjęciu płaszcza zbić cukiernicę i wdepnąć bosą stopą w tę słodycz piętrzącą się w miliardach kawałków codzienności. Żeby oprzeć się o kuchenny stół, biodrem zahaczyć o dzban pełen mleka, wylać go na kolana i spijać śmietankę wieczności z rozpalonych ud.

Mam ochotę na koc poprzetykany drżeniem i plamiony nocą. Krem orzechowy rozmazany na palcach i policzkach. Zaklejenie totalne gdzieś na prześcieradle, które jest żaglem podczas długich nocy bezśnienia i zapamiętania. Żeby wkołysać się w ruch warg i bioder, i popłynąć hen za horyzont, gdzie biegną wszystkie zdrożne myśli.

Żeby pełną garścią rozetrzeć Ci na klatce piersiowej sos malinowy i przykleić się do Ciebie bezwstydnie, bezsilnie, bezpruderyjnie. Wpakować Ci do ust śliwki w czekoladzie i przy ich pomocy mierzyć długość języka. Mam ochotę nie dać Ci spać do rana i poddawać Cię wyszukanym torturom na bazie mleka i czekolady.

Na sam koniec zaś poczęstować Cię śmietanką wieczności w obiciu bioder, bez której już nie będziesz mógł żyć.

Wchodzisz?