W przedziale dzisiaj pachniało mandarynkami. Pociąg sunął w pozmroczu, które dobijało się do szyb językiem wilgotnym i miękkim. Na wieży toreb i plecaków siedziałam wciśnięta między starszopanowe ramię, a kotlety studenta z Kołobrzegu w mdłym świetle tylko w połowie działających lamp, wytwarzających półsenny nastrój. W przedziale pachniało mandarynkami. Jakaś babcia przyoknowa dobierała się do ich słonecznego miąższu ukrytego w pomarszczonej skórce z namaszczeniem i pasją, którą w zwyczajnym roznegliżaniu owoców mogą odnaleźć osoby wierzące w ptasi rodowód kaszalotów. Cała celebracja tego świńskiego aktu odbywała się na oczach innych, gdzieś na przestrzeni między Piłą, a Chodzieżą, wśród parcia deszczu na szkło i suchych warg babcinych.
Takie chwile są zaklęciem transcendencji. Zapach mandarynek, mdłe światło, tory hałaśliwie oddające się pociągowi i dłonie kobiety pamiętające to ostatnie lato. I można wtedy myśleć i czuć; a nawet pozwolić sobie na taki luksus niemyślenia, zaraz i natychmiast, bo i czemu nie.
Do dziewiętnastego roku życia zupełnie naturalnym i zwyczajnym wydawał mi się fakt, że książka Chłopcy z Placu Broni autorstwa Ferenca Molnara opiewa dzielne czyny i bohaterstwo bandy młokosów mieszkających przy Placu Bronisławy. Jakież było moje zdziwienie kiedy podczas którejś z drzemek akademikowych między jednym jeżdżeniem na wózkach z Biedronki po piętrach, a urządzaniem sobie imprezy w szafie dostąpiłam samoolśnienia i zrywając się z łóżka krzyknęłam w stronę kumpeli (takoż ówczesnej studentki pierwszego roku filologii polskiej): Lidka! Chłopcy z Placu Broni! To jest od pistoletów, a nie Bronisławy! Po czym opadając na poduszki zrozumiałam, że od zawsze nadawałam się do studiowania literatury, a znajomość dzieł Molnara mnie w tymże myśleniu utwierdziła.
Z drugiej strony wiem, na przykład, że się nie nadaję na teologię. Nie to, co moja ukochana Natalka. Przeciętny człowiek zna cztery Ewangelie, a co za tym idzie i czterech ewangelistów. Natalia jest umysł wybitny i zna pięciu. Łukasz, Jan, Mateusz, Marek i Powieczerzy. Jeżeli ktoś tym faktem zdaje się być zdziwiony, to od razu spieszę donieść, że tylko prawdziwie wybitne umysły potrafią odczytywać teksty biblijne, kanoniczne i kościelne tak, aby w pełni zrozumieć ich treść i znaczenie. Wśród watahy Jezusa nie było czterech ewangelistów – było pięciu – a piąty z nich zdaje się – był najważniejszym i najbardziej zaufanym pośród sług swego Pana, albowiem dostąpił zaszczytu wywyższenia chleba i wina podczas Ostatniej Wieczerzy. Podobnie, Powieczerzy wziął kielich…
***
W przedziale dzisiaj pachniało mandarynkami. Sączę przez słomkę wieczór najeżony dobrymi myślami i ciepłotami. Mam ochotę na maliny w bitej śmietanie. Teraz i zawsze, i na wieki wieków – amen.
Tags: akademik, babcia, Chodzież, Chłopcy z Placu Broni, kaszalot, mandarynki, Molnar, Piła, pociąg, student, studia, zapach


styczeń 3, 2008 @ 10:05 am
Podróż pociągiem, mandarynki :) tak, tak, tygryski to bardzo lubią :*
*Jest jedna Ewangelia, nie cztery, tylko ją sobie wszystkie chłopaki napisali, bo każy chciał być fajny, albo co, kto ich tam wie ;)
styczeń 3, 2008 @ 11:16 am
OMiC jak ja się uśmiałęm… :D i synowi dam na imię Powieczerzy… ;)
styczeń 3, 2008 @ 1:34 pm
Niech się święci Bronisława i jej wszyscy chłopcy. Bronisława bowiem miała życie rozkoszne, a pieprzne, skoro tylu mądrych chłopców się z nią bawiło przyjemnie i publicznie, bo na placu. Publiczne pieszczoty nad niebiosa wychwalajmy. Tako rzecze ewangelia Powieczerzego, patrona owoców cytrusowych. :)
styczeń 3, 2008 @ 9:04 pm
koszyk z Biedronki? Ci współcześni studenci – myśmy siedzieli w kuchni i obserwowowali, jak kisiel bulgoce w aluminiowym garnuszku. A nad nim stało 12 wygłodniałych gąb, więc Powieczerzy nadal głód był wielki…
styczeń 4, 2008 @ 7:34 pm
Dziękuję Kochani. :)
En: Studenci specjalizują się w dwóch sprawach. 1) akcjach w stylu właśnie tej koszykowej, 2) nicnierobieniu. ;)
styczeń 4, 2008 @ 7:36 pm
Przeczytanie wiekopomnego dzieła Molnara “Chłopcy z Placu Broni ” , Bronki lub Bronisławy przekraczało moje możliwości intelektualne. Nie byłam w stanie tej lektury odwalić. Takiego kitu nikt mi nie wciśnie i tyle. W tym czasie przeczytałam prawie wszystkie dzieła Wiktora Hugo ,moje ulubione jego książki to : “Pracownicy morza ” i “Człowiek śmiechu”.
styczeń 6, 2008 @ 10:52 am
Powieczerzy to bardzo ładne imię. Ma jakiś swój niezwykły urok. Jest prawie tak samo fajne, jak staropolskie imię Natenczas (kto czytał Pana Tadeusza, ten pewnie pamięta fragment, gdy “Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty swój róg bawoli…”).