My, kobiety, mamy w sobie coś z dobrej literatury. Czasami niezrozumiałe, a przecież wielbione; czasami nieprzeczytane do końca, a jednak każdy wie, jak takie historie się kończą; odrobinę trudne w odczytaniu, z poważną listą przypisów i obszerną bibliografią, która ma pozwolić na lepsze zrozumienie źródła… Czasem też zakurzone na półce. Do historii trudnych i wymagających myślenia nie zawsze się wraca. Nie zawsze się też je docenia.
Pani Bovary. Anioł, nie kobieta. Subtelna doza ciepłoty z ponczem malinowym. Róż na policzkach i we włosach ze trzy. Taka dążność do spełnienia ostatecznego, kobiecego, naturalnego i zdrowego. Bo i która kobieta nie marzy o szczęśliwości, bałamutności ostatecznej, wizyjności szczerej, gdzie dąb, gdzie mąż, gdzie stół kuchenny, a wokół niego banda dzieciaków umazanych od ucha do ucha biegająca wokół tegoż stołu, jak w reklamie Nutelli. Tymczasem los różne figle płata i zamiast mężczyzny można dorobić się dupy wołowej. Już od początku wiadomo, że Flaubert perfidnie rzuca Emmę w ramiona tego cielca malowanego i gotuje jej los najgorszy z możliwych. Banał niepokorny otoczony suchą wyobraźnią, splot śmiertelnej nudy wypełnionej po brzegi zapatrzeniem irytującym, bo pochlebnie niemym. Emma jest matką wszystkich kobiet wątpiących, kobiet małżeńskich z rozumem, tych, co przed staropanieństwem w totalne obojętnienie chciały uciec i tych, co wbite cieniem w ścianę. Dlatego strzeżmy się dumy niepotrzebnej – lub, jak ktoś nie przedchwilowym Baczyńskim i Herbertem woli – nie ma sensu kupować kredensu. Poeta Kazimierz.
***
Wieczór z Panią Bovary. Dla mnie kawa ze śmietanką i skórką pomarańczy, dla Emmy białe wino. Do stolika chętnie zaproszę jeszcze Kareninę i Teresę. Anna wypije lampkę szampana, a właścicielka kudłatego Karenina wysączy filiżankę herbaty z miodem. Potem zasiądziemy w głębokich fotelach i będziemy rozgrzeszać świat z wszystkich flaków z olejem, mężczyzn spotykanych w pociągach, kochanków sabinek i doszłych niedoszłych. Rozliczymy się z tymi, którzy nie potrafią dotrzymać słowa, z tymi, którzy kochają się w melonikach, z tymi także, co chcą, bądź nie umieją wybrać, na koniec zaś umówimy się na egzekucje pomniejsze i powiększe, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
***
I żadna z nich nie zginie śmiercią tragiczną, męczeńską, samobójczą, samochodową, pociągową czy arszenikową. O nie. Żadna z nich też nie będzie zapomniana. Dopóki żyje choć jedna kobieta, choć jedna kochanka, choć jedna żona, która zrozumiała, że Emma, Anna i Teresa odkryły sens życia – dopóty będzie się on przenosił na nieskończoność.
Od tego mają też w końcu i mnie, żebym kontynuowała ich dzieło. Madame Bovary c’est moi.
Tags: Anna Karenina, Baczyński, Flaubert, Herbert, kobieta, Kundera, literatura, nieznośna lekkość bytu, Pani Bovary, Teresa, Tołstoj


styczeń 5, 2008 @ 8:55 am
Wspaniały tekst ! Wspaniały ,bo taki prawdziwy i szczery do bólu i rozbawienia .
Jak ja lubię Cię czytać. Moja dusza powoli otwiera znowu oczy na to , na co już dawno je zamknęła – by nie widzieć ,chociaż wie. Moja herbata z płatkami z róż .
styczeń 5, 2008 @ 11:49 am
Dziękuję Wirtualna. Zapraszam do stolika. ;)
styczeń 5, 2008 @ 1:55 pm
boskie Twoje pisanie…