impresja
Wyleję dzbanek z wrzątkiem na stół i każę dziwić się temu dygotaniu drzazg zamieniających się w żagwie podporcelany, kwiatom polskim obrusów wieczorną rosą skroplę policzki, kielichem uderzając o kielich w takt toastu zmierzchu - bachanalią zacznę wieczerzę.
Wyleję i uśmiechnę się niewinnie, a moi goście zachowają się wedle uznania. Krzyś wstanie po cichu, bez słowa zdejmie ręcznik z półki i pozwoli temu świętu wody wsiąknąć w puszystość écru, złoży kwiaty polskie na pół i wywiesi je na barykadzie balkonu jak sztandar. Z filiżanki przelanej zetrze krew szminki i wsiąkając w malachitową łąkę zmierzchu da zaczątek chwili bez imienia. Nie to, co Julian.
Julek złapie mnie w pół, przełoży przez kolano i klapsa siarczystego wymierzy za zbrodnię ową wilgotną, rysując się profilem demonicznym w ognistych berwionach ścian. W zarozumieniu stwarzać będzie poprzez sączące się minuty i całe kwadranse pąsów gry językowe stojące na straży młodości i moderności, bo już się o grzechy noce proszą w ostatnich, pogańskich blaskach dnia.
Lolek w tym czasie - chłonąc ostatnie guzy dwudziestoczterogodzinnienia pęczniejące na parapecie w złachmaniałych pajęczynach rozwlecze po ścianach, krzesłach, palcach i ustach duszność chwili i rwanie się skóry drżącej we wzajemnym karceniu się.
***
A kiedy słońce zgaśnie wpadając swoją soczystością niczym pomarańczą w gęstą czekoladę nocy, przyszykuję moim Panom kolację ze słów i języków. Rozliczę bladość mleka z posoki malin, ciężkość mgły z czerwonego wina, śnieg pajęczyny z zamarzniętej jarzębiny; i po cichu, w dziewczęcej sukience i woalu melancholii - dorzucając polan do ognia i parząc kolejną herbatę bez cukru lato życia będę wskrzeszać pod stołem ściskając Krzysia za rękę.
Potem w świetle menory wyciągając z kredensu ulubioną parzoną kawę Julka słowpienie zastąpię spełnieniem, a zaśnieniom siekierą żyły otworzę, ciachnę przez ciało, rąbnę przez korzeń i spijać będę ustami obłędnymi - rdzeń umęczony pocałunkami. (Zapachem brzozy przejdą kwiaty polskie suszące się na balkonie.)
Na koniec opowiem Bolkowi, jak wrzątek umiem przykładnie rozlewać, że o mleku już nie wspomnę; czekoladę językoznawczo przerabiać, po chruśniakach bałaganić i łąki źdźbłami trawy naznaczać, sady rozstajne nawiedzać. Jak umiem uczenie i mądrze wysłuchiwać modlitw, próśb i poleceń: O błagam! Nie całuj inaczej!


2 comments
Comments feed for this article
styczeń 17, 2008 @ 9:55 pm
asztaka
To naprawdę paradoksalne, nieco absurdalne i zarazem cudowne: kręcą nas ci sami faceci! :D Baczyński, Leśmian, Tuwim - love.
Więcej takich notek. :)
styczeń 18, 2008 @ 4:02 pm
Mag
Ostatnio ich trochę zaniedbuję na rzecz Brunona. Stąd i wspólna kolacja. ;)