Oczywiście, że nie ma miłości. Tssssssyt. Zadraśnięcie zapałki. Skazanie papierosa na gorącą falę palącego rumieńca. Nie ma i nigdy nie było. Nawet to cośmy robili. Baju baju, gadu gadu. W żadnym calu nie zahacza o miłość.

Oczywiście, że nie ma miłości. Pomyliłem się, pomyliłem się.

***

1741451.jpg

Duszno mi. Siedzimy gdzieś na końcu świata, w zapadłym lokalu, w dymie papierosowym i oparach filandzkich fiordów. Wie, że się duszę, wie, że nienawidzę smrodu elemów, dychotomii wąskich uliczek, zwężających się kocich oczu i ślinki kapiącej z warg drobnych pijaczków w załomach parapetów i donic. Wie i czerpie z tego jakąś beznadziejną przyjemność obracając w piersi swoją ciemną gwiazdę. Koncentracyjne światło rozjątrza jego pomyliłem się.

Sufit topi się w gorzkiej kawie, źle zmielonej i niesłodzonej. W mlecznej firance dymu, niedopalonych fragmentach serc i niedotrzymanych obietnic. Niedosłodzona rozmowa nie klei się, na zmianę przerzuca winę z końca jej wyjściowego czółenka na żarzący się ołówek tytoniowy poety.

Oczywiście, że nie ma miłości. Można już odetchnąć
- mówi on. Można wetchnąć - mówię ja, czując jak płuca kurczą mi się w kilowatogodzinach drewnianych cybuchów. Dobre - i zapisuje.
Resztki ciepła w świetlikowym, dymnym świetle. Totalne delikatnienie przeplatane melancholią i morderstwem. Ktoś musi komuś darować.
Odsuwam głośno krzesło, głośniejsze chrapnięcie śliny. Idziesz? Nie, idę.

***

Duszno mi. Rozpalam światła po całym mieszkaniu, żeby przypadkiem nie potknąć się o jakiś leżący na ziemi fragment siebie. Sklejam potłuczoną lalkę Tadzika. Ta lalka to jest Himmler.
Dzwonek do drzwi. Biodro zahaczające o framugę i sztywność warg przekrzywiających się z kpiną na porcelanowej, saskiej szyi.

Zobaczyłem światło więc przyszedłem. Zadzwoniłem i otworzyłaś. Nie przyszedłem rozmawiać, nie przyszedłem się kłócić, nie przyszedłem prowadzić odwiecznej wojny. Ja przyszedłem się kochać.

***

Oczywiście, że nie ma miłości. Tak, Panie Jezu, tak.