***

Wszystko zaczyna się zawsze w tym samym miejscu. Gdzieś na granicy myśli i gestów, między jednym hukiem krwi w tętnicach, a drugim, głośnym wdechem i wydechem, wraz z którym wylatują z płuc stłoczone w tej chwili nieskończoności trzmiele i rojowiska zapatrzenia. W słodkim ambarasie, który jest potwierdzeniem tego, że nie ma przypadków, że raz straconej głowy już się nie odzyskuje i że wszystko jest na tym najpiękniejszym ze światów poukładane w ten sposób, że gdzieś, kiedyś w końcu się spotkamy, popatrzymy na siebie, jak się patrzy na swoje odbicie w lustrze i stwierdzimy ze śmiechem pełnopiersiowym, że w sumie to już niczego nam nie trzeba, bo ja jestem, bo Ty jesteś. Na pewno.

***

Lubiłam słuchać tego, co mówił. W jaki sposób mówił. Jak wtedy patrzył i jak się uśmiechał. Młody, genialny, siebiepewny i rad.
W dni nabrzmiałe od słońca jeździliśmy razem za miasto tratować łąki i pola, wylegiwać się na palącym piasku noszącym ślady naszych ramion i mokrych ud, i tak wstępować w to lato i stygnąć w nim; straszyć gołębie głośnym śmiechem i pleść całe kosze głupot, naręcza wariactw zarezerwowanych dla czasu względnej dojrzałości, w której banialuctwo przelewa się w codziennym niezmordowaniu.

W dni te uczyliśmy się tego najprostszego bycia w świecie, doceniania smaku chleba wypiekanego na wsi, drylowania językiem wiśni i odpowiedzialności za deklaracje przyjaźni, która zrodziła się przy pierwszych i jedynych zapałkach ognisk, budowaniu Związku z dwudziestu trzech nieskończoności Pomarańczy.

Byliśmy może trochę zbyt infantylni, sentymentalni, śmiesznie patetyczni i zuchwale bezczelni. Może młodzieńczo pretensjonalni, ideowo popaprani. Może za późno się urodziliśmy, a może za wcześnie. Kto to wie - nik z nas przecież nie wybiera odpowiedniej daty i godziny na swoje przyjście i odejście. Może to i lepiej.

Byliśmy jednym i tym samym niezmordowaniem w dwu różnych ciałach. Pewnością i dowodem na to, że jak się chce, to można. Wystarczy chcieć.

I były nas takich tysiące.

***

Dziś w osiemdziesiątą siódmą rocznicę Twoich urodzin myślę o tym, że siostra babci siedziała z Tobą w jednej klasie, wpatrywała się z uporem maniaka w huczącą wiosnę za oknem podczas, gdy na drewnianych stołach wy kuliście algebrę i literaturę, bo matura szła krokiem dudniącym i ciężkim. Myślę, że gdybym była siostrą mojej babci, to zrezygnowałabym z takich widoków, na rzecz huczącej zwyczajności Twojej postaci zajmującej miejsce przy ścianie z mapami.
Nie stawiam Ci pomników, nie urządzam tu bałwochwalstwa, jak sam widzisz nie umiem wyjść poza banał słów najprostszych. To aż i po prostu tyle, że Cię kocham. I kocham Cię nie za to, co robiłeś, nie za to, jaki byłeś i jak umarłeś. Nie za to też, że służyłeś dobrej sprawie, że ryzykowałeś dla bliskich, że się zwyczajnie w świecie bałeś i ryczałeś po nocach. Nie.
Ja Tobą żyję, bo zwyczajnie byłeś.

I było was takich tysiące.

***

Tadeusz Zawadzki, ( 24 I 1921 - 20 VIII 1943), ps. Zośka, Kotwicki, Kajman, Lech Pomarańczowy; Oficer czasu wojny WP: podporucznik [maj-czerwiec 1943], harcerz i instruktor Szarych Szeregów, drużynowy 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej “Pomarańczarnia”, zwyczajny człowiek.

zoska_w_szkole.jpg