Kiedy po raz pierwszy leżałam z Tobą w łóżku, skąd mogłam wiedzieć, że to nasze niewinne wstępowanie w esencjonalność stanie się początkiem poważniejszego związku.
Dziś leniwie odgarniając kołdrę i oddając Tobie wieczory, noce i poranki swoje, mam tę genialną i słodką pewność na to, że nie ma przypadków.
Od dziś mam Cię na codzień.
***
Powiedziałam jej o nas. W ciemnym pokoju, wtopiona w plusz fotela i arachityczne światło dziennej lampy przyłożyła dłoń do skroni i westchnęła głęboko. Zmieszałam się, zarumieniłam, spuściłam wzrok gniotąc w ręku kawałek kartki z adresem Festung Breslau, z mapą rysowaną na kolanie, sercu, widelcu. Westchnęła tym razem trochę głośniej, a ja poczułam, że niezręczność, która mi w tej chwili towarzyszy jest do bólu nieznośna i niechciana, i że najchętniej złapałabym ją za rękę, przeprosiła, odwołała wszystko, co dziś powiedziałam i wyjechała, zostawiła ją, ich, nas, was.
Powiedziałam jej o nas. Choć przecież się zapierałam, choć obiecywałam, najpierw, że wyjadę w Bieszczady, potem, że do Wrocławia, że zostawię, że nie będę, że skupię się na tu i teraz, zaraz i natychmiast… Dobrze – przerwała to całe gromobicie ciszy. Dobrze. Dwa razy powtórzyła jego imię. Podniosła głowę, uniosła ramiona, oparła ręce na stole, po chwili poprawiła włosy, znów oparła ręce na stole i znowu westchnęła. Ja też go kocham. Powiedziała głośniej. To dobrze. Ja. To dobrze. Ona. I uśmiechnęła się mimowolnie.
***
Wstałam, chciałam już iść. Wciąż rumiana, ciepła, z paloną, sierpniową skórką dojrzałych jabłek na policzkach i dziewczęcym wstydem gorejącym w przepierzeniu czterech ścian, roznegliżowana i drżąca, zdradzająca i kochająca. Zatrzymała mnie jeszcze w drzwiach.
- To dobrze - powiedziała – To nawet bardzo dobrze – i kiwnęła przyzwalająco głową.
- Wie pani od czego zacząć?
- Od niego? – zapytałam z niedostrzegalnym uśmiechem, który ona oddała z porozumieniem.
- Jego już pani ma. Proszę teraz zająć się sztuką miłości.
Patrzę, jak leży na łóżku i czeka na mnie, mruga zadziornie, zaprasza do siebie. Podchodzę do niego z nieustającą fascynacją i rumieńcem ciekawości. Zgadza się, jego już mam. Teraz czas na miłość.


styczeń 25, 2008 @ 11:29 pm
Erotyka i erotyzm w opowiadaniach i grafikach Brunona Schulza. W ten przyjemny sposób zdobędę tytuł magistra. ;)
Dziękuję mojej genialnej pani profesor za wyrozumiałość w wywracaniu planu pracy do góry nogami i zmienianiu tematu o sto osiemdziesiąt stopni – w stylu ni przypiął ni przyłatał do tematyki seminarium. Pani Ewo – pokłony. :)
styczeń 26, 2008 @ 1:58 am
love prof. W…
styczeń 27, 2008 @ 5:01 pm
Wszystko pięknie, wszystko ładnie, tylko jedna mała uwaga NIE JESTEM DANIEL !!!! KIM JEST DANIEL – NIE WIEM!!!!! ALE NAPEWNO NIE MNĄ !!! heeeeeelllllllllllllloooooooooo !!!!JA NAWET PTASZKA W KLATCE NIE MAM :D!!!! Życze twórczego tworzenia pracy magisterskiej, szybkiego opanowywania kolejnych ćwiczeń sztuki miłosnej. Powodzenia w konkursie literackim – o ile nie zapomne wyśle smsa. Pozdrawiam Przedstawicielka Rodu Kobiecego.
styczeń 27, 2008 @ 9:10 pm
Ależ nikt tu przecież nie twierdzi, że jesteś Danielem. :)
styczeń 30, 2008 @ 1:46 am
A sądziłam, że przyjemniejszej pracy, niż takiej, do której – w ramach zbierania materiałów oczywiście – trzeba wsłuchać się w śpiewające panie, by znaleźć te najbardziej rozerotyzowane utwory, wykoncypować się nie da… Heh, zwracam honor i zazdroszczę ;]