Niech będzie po prostu zwyczajnie.
Bez wyznań przy świetle księżyca, brodzenia w rozpaćkanym zbożu, wzdychania nad brzegiem ruczaju i innych romantycznych śmieci, w stylu twoje oczy, jak ametysty nieba rozpływają się w poddolinach gwiazd. Bez zbędnego bzyczenia korowodów pszczół w zagajnikach malinowych, sentymentalnego klękania na środku ulicy, kwiatów zamawianych co drugi dzień do domu i pierścionka z wygrawerowanym: na zawsze Tobie oddany - love.

Bez tej takiej nutki dekadencji, która każe obijać się pod oknami, smęty jakieś recytować, bawić się w drugiego Słowackiego, kolego. Bez morderczych kawiarenek z wydumaną orkiestrą, wierszy Tetmajera, bajera, ckliwych melodii puszczanych wieczorową porą, bohaterskich czynów w drzwiach, motyli w trzewiach, zawsze parlamentarnych słów i teatralnych gestów. I bez jeszcze zapachu róż, grusz, akacji, po kolacji, gdzie bursztynowy świerzop, gryka, jak śnieg biała, tra la la la la la.

Bez cielakowania przy malowanych wrotach, maślakowania, rumakowania i snucia się obłędnego po miejscach, gdzie śmiem bywać najczęściej. Bez cukru i beznadziejnie. Tak, nie.

***

Po prostu kiedy się już zdecydujesz i kiedy dotrze do Ciebie, że jestem jedyną laską na świecie, która mogłaby prać Twoje gacie, przypalać makaron na obiad, rodzić Twoich synów i używać niecenzuralnych słów w łóżku, po prostu przyjdź i powiedz: Zdaje się, że śniłem panią dzisiejszej nocy.

A ja wtedy odgarnę włosy z czoła, uśmiechnę się grzecznie i w trybie rozkazującym użyję pewnego wulgarnego czasownika posiłkowanego zaimkiem osobowym. I nie będzie to: fak Ju.