Kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy – rozryczałam się na powitanie i padłam w rozpaczy na łóżko, krzycząc, że nie chcę mieć brata Murzyna. Nie żebym znowu była jakoś uprzedzona, czy co. Broń mnie przed tym Chryste Najjaśniejszy w obręczy z aluminium. To coś więcej. W całej swej afrookazałości Brat był przecież szalenie genialny i nieprzejednanie rozkoszny, niemniej ja się z tym faktem czekoladowym nie mogłam pogodzić i szlochałam na potęgę, bo nie chciałam, żeby któregoś dnia przyszli do nas do domu jacyś Afrykańczycy i zabrali mi Brata, mojego jedynego i genialnego, co by go ustanowić Królem Safari. Królestwo Safari i szerokiej Doliny Konga ważna rzecz, niemniej mi się też od życia coś należy, choćby to miał być brat kakaowy z rodziców waniliowych.
Jednak dni mijały, mnie wypadły ostatnie zęby mleczne i świeciłam klawiaturą uśmiechu w zerówce, a brat płowiał, nabierał kolorytu lokalnego, śmiał się, gdy wkładałam mu palec do nosa i bił rekordy szybkości w czołganiu się między pokojem a kuchnią – trzy metry, rekord Dudka – minut czterdzieści.
Dlaczego mówiłam na niego Dudek, do dziś nie wiem. Myślę, że było to takie krotochwilne, dziecięce spieszczenie imienia właściwego Michał. Jako, że zasady gramatyki opisowej języka polskiego, w tym słowotwórstwa i leksyki nie były mi jeszcze znane, toteż zdrabniałam sobie imiona według własnego uznania. Tkwi wszak w dzieciach ta nieogarniona zdolność do nazewnictwa rozkosznego, bałamutnego, a przecież jakże odkrywczego i właściwego zarazem. Sam Pan Bóg też musiał być dzieckiem, kiedy nazywał kaszalota i koczkodana imionami ptaków.
Dudek, jak już wspomniałam, był sportowcem. Czołgał się od pokoju do pokoju, ściskał mojego kciuka, przewracał się z boku na bok, z brzuszka na plecy, co więcej – ha! przewracał się też z pozycji stojącej, do bum! leżącej. Wyczynowiec, jednym słowem.
Przez długi czas zastanawiałam się, ( wiek myślicielstwa – lat siedem), dlaczego Misiek nie chodzi, nie biega, nie fika tak, jak ja. Zagadnienie owo było priorytetem w dniach pełnych spiekoty lipcowej, takiego nurzania się słońca po zagajnikach, różanych krzakach przyoknowych i piaskownicy falującej żarem przedpołudni, bo podczas, gdy cała rozbójnicza plejada rąk, nóg, głów plamionych wrzątkiem i cwałowaniem myśli rozbijała się po drzewach, polach, łąkach i bunkrach, ja musiałam w ruchu jednostajnie znudzonym siedzieć przy Dudku, kleić z nim klocki w forty i zamczyska, malować kotki przypominające kupy i drzemać dwa razy dziennie dla rozproszenia i rozwałkowania tych wakacyjnych dni. Bolałam nad tym niesłychanie w wieku mym lat cudnych siedmiu – kiedy cały lipiec rozpalony i roznegliżowany wołał mnie do siebie, nad rzekę, morwy, do maków, krzaków, chłopaków – a ja w tym czasie musiałam odmawiać mu pieszczot i pocałunków, na rzecz opieki nad mym młodszym sercem.
Bolałam też i nad inną sprawą – a mianowicie nad niedopatrzeniem i niedbalstwem własnych rodziców. Bo i jakże to, wśród tylu miłości, czułości, nie spania po nocach, tulenia, karmienia i całowania brata – uczenia go siadania na nocniczek, jedzenia łyżeczką, trzymania butli i nie wypadania z łóżeczka – można było zapomnieć nauki chodzenia. Wstyd okrutny. Okrutniaszczy.
My, siedmiolatki, nie możemy dopuszczać do tego, żeby tak fundamentalne sprawy, jak zdolność do bawienia się w berka i śmigania po drzewach była zaniedbywana i traktowana po macoszemu. No co to, to nie.
Toteż wzięłam sprawy w swoje ręce.
Brat ufał mi zawsze. Może dlatego, że jeszcze mnie nie znał. Lubił kiedy czołgałam się z nim do spółki, żeby jakoś zmobilizować go do codziennych treningów i trenowania tego wyczynowo; czytałam mu bajki składając litery w sylaby, a sylaby w wyrazy – i tak dukając zdania o księżniczkach, rycerzach, złotych dzieciach i innych śmieciach, którymi karmią nas za młodu usypiałam go i siebie wśród zapachu miodnych pierzyn i mleka rozlewanego na śliniakach.
Brat mi ufał. Toteż i naukę chodzenia przyjął jako coś naturalnego i jedynie słusznego. Poinstruowany, pouczony, zapewniony i zmobilizowany przeze mnie chwycił się więc jedną swoją piąstką orzechową stołu, drugą wsadził do buzi i patrząc na mnie, jak staję w odległości czterech metrów od niego i zachęcająco pokazuję mu ręką, żeby ruszał nogami, tak jak go uczyłam w łóżeczku – prawa, lewa, prawa, lewa – zawołałam go do siebie. Brat należał do rzędu kumatych, aczkolwiek przesadnie ufnych dzieci, toteż naturalnie wykonał ten myk – stylem prawa, lewa, łup.
Pech chciał, że ten łup był skierowany siłą odśrodkową do tyłu i fizycznie możliwie skończył się na stole trzecią zasadą dynamiki, czyli akcja – reakcja, guz i ryk.
Brata w wieku przynależnym czołganiu się i wstępnemu raczkowaniu nie nauczyłam więc chodzić, niemniej, do dziś twierdzę, nauki moje nie poszły na marne – głupotę nabywa się z wiekiem. Ja bratu zafundowałam ją bardzo wcześnie, nie będzie się chłopak musiał męczyć ze zdobywaniem jej w przyszłości.
***
Dziś, w wieku lat dwudziestu i trzech, myślę o tym wszystkim, jako o Genialnej Epoce; o czasie, w którym otwierały się przed nami nieba, serca, chwile na teraz i chwile na zawsze. Dziś wiem, że te wszystkie czołgania, nauki chodzenia, rodowody murzyńskie i straszenie, że się go sprzeda panu od waty cukrowej ( na co brat reagował oczami pięciozłotowymi i kurczowym chwytaniem się maminej spódnicy ) – były wstępem do najważniejszej rzeczy na świecie – a więc do spadaj, wal się, pomóż i kocham cię.
Ever, forever.
Tags: brat, dzieciństwo, facet mojego życia, Genialna Epoka, nauka chodzenia


luty 1, 2008 @ 10:56 pm
Wiem, że podsumujesz to komentarzem: żal.pl
I za to Cię uwielbiam! :D :*
luty 1, 2008 @ 11:09 pm
Facet mojego życia as well:*
luty 2, 2008 @ 12:14 pm
spadaj, wal się… kocham cię.
luty 2, 2008 @ 12:26 pm
Jak myślę o Michale, to wibruje mi w czaszce jego “NAJN!!!”, gdy próbowałaś odebrać mu komputer. ;)
Notka jest przegenialna. :) Megazdania – love.
luty 2, 2008 @ 7:21 pm
:)
ty uczyłaś brata chodzić, ja swojego próbowałam utopić… dziś – cudownie uratowany przez mój brak doświadczenia w topieniu bliźnich – jest wielkim człowiekiem…
luty 2, 2008 @ 7:28 pm
Świetnie napisane :)