Usiadł w fotelu przy oknie, spojrzał na kawkę pasącą się na parapecie i powolnym, melancholijnym gestem zdjął z marynarki kramiarki mój miodowy włos, w taki sposób, jak się zdejmuje ramiączko z żeńskiego pełnego ramienia dreszczącego się w chłodniku pokoju wypełnionego kolorytem wiosny i trąbieniem słońca.
Tym ruchem jednym, opanowanym, bursztynowym, zaklął mnie w przestrzeni swoich rąk. Jak strąk, który połyka przeziemienia zieloności okrągłych i zamyka w świecie pluszu dojrzałość swoich owoców, tak on wtłoczył mnie w przestrzeń między siebie, a paśnik kawki uformowany przez gorejący kwadrat parapetowy, mówiąc powoli i z beznadziejnie namiętnym okrucieństwem, że: - Nikt nie zgłębi zamysłów wiosny.
- Wróci wiosna Baronowo! - prychnął z bujaka Konstanty, zawadiacko przesunął beret na oczy i rzucił we mnie nadgryzionym jabłkiem burząc mój kontrapost pokojowy. - Serwus Madonna! Nie słuchaj tego bałwochwalcy słońca uwodzącego ptaki, kawki, szczypawki, karakony i matrony - pokaż mi motyle, mnóstwo motyli mi pokaż, no!
I mruga do mnie porozumiewawczo i klawiaturą zębów błyska w półmroku pokoju, jak zajączkiem lustrzanym wabiąc mnie i ciągnąc za kącik ust do góry, a ja śmieję się mimowolnie, zadziornie i wypluwam z siebie te stada motyli, krokodyli, które wzlatują pod sufit, rozbijają się o powały, powaby, szarady desek żywicznych i spadają na nas w puchu słońca rozmazanego i rozpieprzonego w popołudniowej drzemce.
Biorę garść tego złota pluszowego i rzadkiego, i wciskam na upartego za kołnierz Juliana, który prześnienia buduje na kozetce, a on chwyta mnie za nadgarstki, wierzga, jak młody konik lukrowy urwany z karuzeli ( z madonnami ) i krzyczy na mnie w podniesieniu, podnieceniu: Niewiasto! Ty grzechu kobieto! A ja siadam mu na brzuchu i w tym letnim, boskim puchu - biodrem gonię jego biodro.
***
Kiedy zaś słońce zgaśnie, właśnie, trzaśnie ogień w kominku malowanym historiami i kobietami, to przykrywam Juliana na tej kozetce, kobietce, czoło mu gorące chłodzę wargami słowikami i w sieni odwieszam jego płaszcz.
Na palcach mijam Konstantego, kolego, jabłka dogorywające na podłodze wtłaczam do koszyków, patyków, na palce nawijam wstążki i książki ściągam z jego głowy, do połowy. I odstawiam na półkę obok Juliana.
A Ty. Ty może miałeś wiele kobiet przede mną, młodych i w kwiecie wieku, profesorek, amatorek, sekretarek czy kramarek, z ustami wiśniowymi, pieprzykiem na lewym udzie, o piersiach mlecznych i biodrach pełnych; z Kielc i Katowic, Hamburga i Dover, z tej strony i tamtej. Może miałeś i kochanice lata pełnego, złe królowe zimnych podrygów serca, może księżniczki, pomywaczki, zdrajczynie i zakonnice. Może i dziś, może nawet przed chwilą, jak przyszedłeś tu do mnie w popołudnie dnia rozżagwionego.
Może tak, może nie.
Ja i tak Cię przecież przyjmę, jak pierwszego. Jak ostatniego.
A Ty mi wtedy powiesz krokodylowo, cynamonowo, oparty o klepsydrę moich bioder: Czy to nie jest wielka rzecz – znaczyć dla kogoś wszystko?

5 comments
Comments feed for this article
luty 5, 2008 @ 8:10 przed południem
Julia
Gonienie biodra biodrem na brzuchu… uhm uhm, ładne bardzo. :)
A życie? Straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest.
luty 5, 2008 @ 9:17 przed południem
Camaxtli
Ile tutaj odkryć, piękne. A już spotkanie z Czyżykiewiczem doskonale wplecione…
luty 5, 2008 @ 2:04 pm
entelepentele
Oh, ten klimat jest zaiste wiosenny!
Wiosna, ach to ty!
luty 5, 2008 @ 9:38 pm
sis
Ha, czy to nie osobliwe, że i mnie - kolebiącą się sennie w zawieszonym między czasem i przestrzenią porannym pociągu - naszły dziś refleksje o nieśmiałym wiośnieniu?
luty 5, 2008 @ 10:33 pm
Mag
# Wszystko to Schulz, Schulz, Schulz i jego Wiosna, Wiosna pełna. To Tuwim, to Gałczyński, z wiosną płochą, z wiosną orgiastyczną. To stąd, ach stąd. ;)
# Notkę sponsoruje Mistrz Schulz. Natchnionam opowiadaniem “Wiosna” z tomu klepsydrowego. Mistrz Mój.
# Karolu - pacjentem, uczniem, profesorem? :)