Dla tych, którzy nie znają historii Pana Witolda Poznańskiego, najpierw poleca się to: http://bawidelka.wordpress.com/2007/11/09/pan-witold/ :)
Kupowałam pomarańcze i orzechy. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad paczką suszonych moreli, ale przygryziona w niezdecydowaniu warga dopominała się o równowagę przepływu krwi, więc wolnym półobrotem zrezygnowałam z tego małego szaleństwa na rzecz marcepanu. Z uzależnieniami się nie walczy. Uzależnienia się celebruje.
Potem przeszłam w swobodnym dryfie do kasy i ustawiłam się na końcu długiego węża, męża mrugając nieznośnie do równoległego dzieciaka i czytając zalecenia pielęgniarskie, szamańskie na tabletkach przeciwbólowych, okołookresowych, na bateriach i koteriach gum. Bum trala la bum. Stając w wyzywającym kontrapoście badałam składy alkoholowe wiśni w czekoladzie, niezdrowość krówek ciągutek, które po pastwiskach ochoty i ciągoty wpadły przypadkiem do mojego koszyka; przyglądałam się dmuchanym piersiom gumowych panien i fantazyjnym połączeniom kolorów cukierków. Takie okołokasowe wabiki.
Jak się już za chwilę okazało, kontrapost mój - też był jednym z nich.
- Czy pani ma świadomość tego, że ta kasa może się zepsuć?
Zamknęłam oczy, w duchu roześmiałam się śmiechem pierwszym, śmiechem najlepszym, śmiech ten przetransportowałam na oczy, które mignęły, mrugnęły, odwróciły się do pana wieszczącego kasujący koniec świata i spojrzałam na niego również tak, jak się patrzy raz pierwszy, jak się dziwi sobie samej i jemu raz najpierwszy, psujący i kasujący.
- Doprawdy? - kasa, baterie, taśma, gumy, zapałki, trzasssssk, kasa.
- Doprawdy - odpowiada on, młody, genialny, lat dwadzieścia może i pięć, butny, okrutny. - Co więcej - dodaje po chwili - Nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy tu utknęli na dłużej.
- Witold Gombrowicz - mówię ja, nie żeby zaświecić, zabałamucić, wyjść na rasową intelektualistkę i literatkę, tylko oczywiście z powodów wszystkim tu znanych, poznańskich, ułańskich, sklepowych, morowych. - Powiedziałby w tej sytuacji, że brzydkie kobiety czasem bardziej uderzają do głowy niż ładne, gdy się podchodzi do nich zbyt blisko. Jeszcze nie jest za późno, może pan odwołać tę kasę.
- Witold - mówi on judaszowsko, mistrzowsko, bosko - powiedziałby także, że nie możemy uciec od pewnych form. Ja pozwalam sobie za nim to powtórzyć, w końcu mój imiennik, przywłaszczam więc sobie jego słowa, słowo.
Widzi, że się we mnie zagotowało. Widzi mnie rozklejoną do granic, rozwaloną, roześmianą, jak nie mogę schować tego uśmiechu, co mi się błąka w kąciku ust, a jest przecież przypomnieniem tego jesiennienia, kasowienia, serdecznienia, ludzkiej życzliwości i magiczności.
- Tak więc, co pani powie na dewastację tej kasy?
Pan kaso-czan popatrzył na nas spod byka, pryka, zatrzymał się przez chwilę na jego krawacie, potem na moim berecie, następnie wrócił do swoich czynów straszliwych, czyli odginania torebkom kodów i parzenia ich laserem.
- Jestem grzeczną dziewczynką - odpowiadam z szelmowskim uśmiechem. - Mam zasady - i układam sobie po główce wszystkie niewykorzystane sytuacje, które się mszczą tylko dlatego, że są smaczne. A wszystko, co smaczne, jest z gruntu albo tuczące, albo niemoralne. - Mam zasady, nie dewastuję kas z nieznajomymi.
- O! - mówi on kłaniając się nonszalancko i poprawiając krawat - Witold jestem.
- Magda - odpowiadam i podaję dłoń do pocałowania.
- Miło mi, Magdo, więc jak będzie?
- Tak, jak zawsze - odpowiadam z cudownym uśmiechem - Obydwoje zapłacimy na swoje zakupy, ja wrócę do siebie, zjem pomarańcze, posłucham muzyki, a Ty Witoldzie, pójdziesz do żony, pocałujesz ją w policzek na przywitanie, powiesz, że zeszło ci tak długo, bo kasa się zepsuła, a przed następnymi zakupami nie zapomnisz zdjąć obrączki.
***
- Dwanaście złoty, pięć groszy.
Mrugam do rozlolowanego ekspedienta.
- Do widzenia. Dobrego dnia.
W progu jeszcze zderzam się z jakąś dziewczyną, która łypie na mnie i rzuca krótki, podnosowy epitet: - Idiotka.
Szczerzę się więc do niej, wychodzę w ten podwieczór okołoosiedlowy i zaczynam śmiać się wielce, pięknie, wdzięcznie, dźwięcznie.
Idiotka. Cóż ja na to poradzę, że jestem taka wszechstronna.

13 comments
Comments feed for this article
luty 7, 2008 @ 3:53 pm
Julia
:D
Zabójcze jak i Ty.
luty 7, 2008 @ 4:14 pm
Mat
Magdo, mistrzostwo.
Idiotka :D
:*
luty 7, 2008 @ 4:15 pm
kolekcjonerka
“A wszystko, co smaczne, jest z gruntu albo tuczące, albo niemoralne.”
…A wszystko, co celnie interpretujące rzeczywistość - genialne. Koniec i kropka. ;)
Dobre :)
luty 7, 2008 @ 4:23 pm
mientonia
nice bis…
luty 7, 2008 @ 8:39 pm
entelepentele
Mój podnosowy epitet (zapożyczony z “Misia”) brzmi: “Bardzo porządna dziewczyna! Trudno, co robić…”
:)
luty 7, 2008 @ 10:49 pm
wydrylowanyhazardius
Bardzo mi się podobają wpisy jak ten. Lubię historie z życia wzięte. A Twoje są radosne i pozytywnie nastrajające. :)
luty 7, 2008 @ 11:50 pm
Gosia - żonka
:* historia nieprzewidywalna, jak cała Ty. :-)
luty 7, 2008 @ 11:57 pm
Michał Krotoszyński
Jak widać każde większe miasto ma swojego Pana Witolda :)
Bardzo fajne :)
luty 8, 2008 @ 11:10 przed południem
ragar
jakże bym chciał czerpać z rzeczy zwykłych tyle niezwykłości
luty 8, 2008 @ 11:52 przed południem
Licealista
To co niemoralne jest najprzyjemniejsze… zakazany owoc smakuje najlepiej!
Pozdrawiam!
luty 8, 2008 @ 1:50 pm
Mag
Ale tylko w chwili, gdy się go je. Potem można się nabawić niestrawności.
luty 9, 2008 @ 11:28 przed południem
Michuu
cudnie cudne… tak jak ty Madziu… :*
luty 11, 2008 @ 9:44 przed południem
Daniel
Dobry tekst z tą kasą. Naprawdę dobry. Ciekawe, jak tam u mnie ze stanem kas;)