impresja

Lato w tym roku przyszło zupełnie niespodziewanie gdzieś w początkach lutego; wpakowało mi się do pokoju, usiadło za plecami, pomału weszło pod bluzkę, przejechało palcem między łopatkami i jednym szybkim ruchem przełożyło mnie przez kolano, wyciągnęło pas i złoiło mi skórę zacnie, a ostatecznie wybijając z głowy wszelkiego typu niekończące się wiosny, sosny, bałamuctwa i nieuctwa; następnie odstawiło mnie na miejsce, poprawiło włosy, pocałowało w policzek, otuliło kocem i powiedziało głosem niskim i pysznym, o smaku dojrzałych czereśni i wydrylowanych śliwek: - Pani przypalony makaron czuć już z kilometra.

Spojrzałam w to lato, jak się patrzy raz pierwszy i raz ostatni, wpakowałam mu łokieć w oko, zdzieliłam po głowie, usiadłam na klatce piersiowej i przytamowałam mu oddech bezczelnie, namiętnie wciskając piąstkę do gardła i wyjmując garściami z przełyku, patyku roje motyli popaćkanych uśmiechami, oddechami, dotykami, tobie, mi.
A lato na to spokojnie, upojnie opluło mnie tym skrzydleniem, tętnieniem, zatkało buzię, zawiesiło między sufitem i podłogą, błogo, niebogo i kazało się poddać, oddać, tak.

I kiedy obudziłam sie dziś, ptyś, ręką uderzyłam w poduszkę, podrapałam się za uszkiem, to nie musiałam oczu otwierać, szperać, szukać, mrugać - ot lato zwyczajnie siedziało tuż przy mnie, tuliło, muliło, uśmiechało i fikało. Roześmiałam się razem z nim, motylami oplułam cały sufit, z kołdrą podroczyłam się, umiejętnie z łóżka spadłam i w wybuchu wszystkich tętnic na raz zrozumiałam - zachorowałam. Beknęłam jeszcze ostatnim motylem, zasłoniłam grzecznie usta dłonią i z bezczelną miną zrzuciłam sufit na podłogę.

I teraz mam niebo na ziemi.