Posted by: Mag on: 20/02/2008
Kiedy byłam jeszcze mała i wakacje miałam przez cały rok, to lubiłam wstawać zaraz po siódmej, zwłaszcza, jak słońce waliło, paliło, przez okno, firanki puchły, dziewczęta się rozbierały, a chłopcy rozdziewiczali orzechy fikając po drzewach. W dniach takich parnych i skwarnych Dziadek zwykł nakręcać motorynkę, jej huk niósł się po wszystkich pokojach i budził letnich domowników, a ja wtedy zrywałam się ze snu rannego, badziewnego, koronkowego i wskakując w krótkie ogrodniczki, długie podkolanówki i sandałki na rzep – strącałam papierówki z koszyków i wybiegałam w to pierwsze dzwonienienie dnia, do słońca, zająca, brzdąca, kręcąca i prychająca, pakowałam się do dziadkowego, wiklinowego koszyka i razem ruszaliśmy do nieopodalległej wsi po świeże mleko, jajka śniadaniowe, garście szczypiorków i innych bachorków ziemi.
Kochałam się w tych porankach, gdy śmigaliśmy po polnych drogach, skakaliśmy i piszczeliśmy na zgrubiałych guzach ziemi pooranych rowerowymi pieścidełkami i stopami odkrywców świata, wystawialiśmy języki dzieciom i wyliśmy ludowe przyśpiewki, których Dziadek mnie namiętnie uczył.
A kiedy wjeżdżaliśmy w starą bramę, psów ujadania i kur się karmienie, kogutów wzwodowe paradowanie i łypanie kóz na moje żółte, ponętne i frywolne ogrodniczki z klamerką biedronkową – to tak, jakbym język wsadzała w puchar lodów waniliowo-miętowych z polewą czekoladową – światy niezmierzone – pachnące gnojem i świeżym mlekiem oto stawały przede mną otworem, zaworem, stworem, ach w porę.
Kochałam się w tych porankach, gdy Dziadek z kanką wchodził do gospodarza, robił przerażające miny do dzieciaków sąsiada, a na koniec mówił do mnie: - Diable, nie zgub się! i zajmował się poranną indoktrynacją płodów ziemi. Ja tymczasem w skórze diabła siódmopiekielnego, na podwórzu sielskim, anielskim, ganiałam kury, kogutowi wyrywałam pióra z ogona ( kiedyś w ramach rewanżu buczał na mnie i chciał na mnie wskoczyć, ale wtedy odczyniłam takiego wygibasa kończącego się przewrotem w bok, że zrezygnował z wszelkiej wojny podjazdowo-kogutowej i zaakceptował swoją ptasią niższość w mojej obecności już zawsze stając na baczność i pozwalając mi na głaskanie. Umiejętność przekonywania do siebie ptaków została mi do dziś. Stoją, jak im gram.)
Kochałam się w tych porankach, biegałam po szopach, wykopach, wpadałam do ziemianki, szukałam ziemniaków w kształcie ludzi i chowałam je do kieszeni spodni dorabiając tym sobie trzecie biodro. Koty wszelkie okoliczne tuliłam i całowałam, machałam sąsiadce w czerwonej chustce, która o tej porze zwykła karmić gęsi i śpiewać coś o lecie widomym i znikomym, pełnym trudu i brudu. Przy tych słowach zaś zawsze patrzyła się w moją stronę, a ja z buńczuczną miną odbierałam je jako przytyk do mojej umorusanej porzeczkami buzi i rąk, którymi podszczypywałam przydomowe krzaki, do ogrodniczek, które znów wpadły w psią kupę, czy policzka pokiereszowanego gałęzią, bo maniakalne skakanie po gałęziach to moja słodko-dziewczęca specjalność.
Kochałam też i ten moment, kiedy Dziadek wychodził od Gospodarza, kiwał na mnie głową, pakował mnie razem z serem, mlekiem, jajkami i kwiatami do koszyka, kazał trzymać wszystko razem i każde z osobna, żeby się nie wylało, sprało, stłukło, puchło, i uruchamiał dudniące serduszko motorynki drocząc się jeszcze z ujadającym psem i plując na koguta. Rytuał plucia należał do moich ulubionych. Smark, chark i plask. Kogut mlask!
Kochałam i to: jak trzęsąc się w drodze powrotnej żonglowałam kwiatami, jajkami, cudami, latami. Przyciskając do piersi kankę z mlekiem, wiekiem, serem, selerem, śmiejąc się brudnym zębem, dębem do brzóz i sióstr, pól i siół, po serii zbereźnych przyśpiewek Dziadka na jego namiętne: - I jak, Mój Diable?!, odkrzykiwałam grubiańsko: – Paradnie!
A Dziadek śmiał się wtedy głośno, sprośno i trąbił na okołodrogowe kaczki, podrywając ich kupry, rozjeżdżając kupy, buty, trupy owadów, gluty, dając mi przy tym największą z nauk i najpiękniejszą z prawd: – Znajdź w sobie gluta, pluj na koguta, co przekładając na język ludzi dorosłych i poważnych, znaczy mniej więcej:
Życie jest cudem – nie bądź kogutem.
No proszę, mogę się policytować na umiejętności – tak to jest, że i ufne kotki zawsze się kładą się na kolana, co więcej bez walki i na dodatek pomrukują;)
Podejmuję wyzwanie! :) wybierz oręż i do dzieła!
Ach, pięknie, pięknie!
:D:D:D:D
Rany!
Właśnie wróciłam od babci. I w turkoczącym tramwaju tak sobie wspominałam. Jak bywałam u Babci, gorące mleko prosto od krowy, wściekłe maciory pilnujące swoich maleństw, konia bez siodła, hamak i huśtawkę, poszukiwanie kretów, wiewiórek i jeży, maliny, gruszki, poziomki, agrest, winogrona, rabarbar z cukrem, marcheweczki! Siano sąsiadów!, szopę babciną. I te wozy, ciągnięte przez konika i staw pobliski i górkę ze śniegiem i studnię i wiadro na wodę, i bazy na drzewach!
Piękna notka, piękne dzieciństwo!
:**
Wszystkiego najlepszego z okazji DMB :)
[...] tylko sobie wiadome ścieżki, którymi się pójdzie, gdy się dorośnie. Kiedy byłam ostatnio u Mag i czytałam jej notatkę o dziennikach motocyklowych, pomyślałam, że każdy powinien sobie [...]
Dziękuję za pamięć Madame!
W DMB- jak zawsze myślami z Wami- “moją” Pangeą:-)
[...] Dla zainteresowanych: o sztuce plucia na koguty można przeczytać tu. [...]
20/02/2008 @ 11:13 PM
Hrabalowo, Postrzyżynowo bardzo. Innymi słowy pięknie.
“Znajdź w sobie gluta, pluj na koguta” mnie powaliło, napiszę to kiedyś na jakimś warszawskim murze, o. ;P