Kiedy byłam jeszcze mała i wakacje miałam przez cały rok, to lubiłam wstawać zaraz po siódmej, zwłaszcza, jak słońce waliło, paliło, przez okno, firanki puchły, dziewczęta się rozbierały, a chłopcy rozdziewiczali orzechy fikając po drzewach. W dniach takich parnych i skwarnych Dziadek zwykł nakręcać motorynkę, jej huk niósł się po wszystkich pokojach i budził letnich domowników, a ja wtedy zrywałam się ze snu rannego, badziewnego, koronkowego i wskakując w krótkie ogrodniczki, długie podkolanówki i sandałki na rzep – strącałam papierówki z koszyków i wybiegałam w to pierwsze dzwonienienie dnia, do słońca, zająca, brzdąca, kręcąca i prychająca, pakowałam się do dziadkowego, wiklinowego koszyka i razem ruszaliśmy do nieopodalległej wsi po świeże mleko, jajka śniadaniowe, garście szczypiorków i innych bachorków ziemi.
Kochałam się w tych porankach, gdy śmigaliśmy po polnych drogach, skakaliśmy i piszczeliśmy na zgrubiałych guzach ziemi pooranych rowerowymi pieścidełkami i stopami odkrywców świata, wystawialiśmy języki dzieciom i wyliśmy ludowe przyśpiewki, których Dziadek mnie namiętnie uczył.
A kiedy wjeżdżaliśmy w starą bramę, psów ujadania i kur się karmienie, kogutów wzwodowe paradowanie i łypanie kóz na moje żółte, ponętne i frywolne ogrodniczki z klamerką biedronkową – to tak, jakbym język wsadzała w puchar lodów waniliowo-miętowych z polewą czekoladową – światy niezmierzone – pachnące gnojem i świeżym mlekiem oto stawały przede mną otworem, zaworem, stworem, ach w porę.
Kochałam się w tych porankach, gdy Dziadek z kanką wchodził do gospodarza, robił przerażające miny do dzieciaków sąsiada, a na koniec mówił do mnie: - Diable, nie zgub się! i zajmował się poranną indoktrynacją płodów ziemi. Ja tymczasem w skórze diabła siódmopiekielnego, na podwórzu sielskim, anielskim, ganiałam kury, kogutowi wyrywałam pióra z ogona ( kiedyś w ramach rewanżu buczał na mnie i chciał na mnie wskoczyć, ale wtedy odczyniłam takiego wygibasa kończącego się przewrotem w bok, że zrezygnował z wszelkiej wojny podjazdowo-kogutowej i zaakceptował swoją ptasią niższość w mojej obecności już zawsze stając na baczność i pozwalając mi na głaskanie. Umiejętność przekonywania do siebie ptaków została mi do dziś. Stoją, jak im gram.)
Kochałam się w tych porankach, biegałam po szopach, wykopach, wpadałam do ziemianki, szukałam ziemniaków w kształcie ludzi i chowałam je do kieszeni spodni dorabiając tym sobie trzecie biodro. Koty wszelkie okoliczne tuliłam i całowałam, machałam sąsiadce w czerwonej chustce, która o tej porze zwykła karmić gęsi i śpiewać coś o lecie widomym i znikomym, pełnym trudu i brudu. Przy tych słowach zaś zawsze patrzyła się w moją stronę, a ja z buńczuczną miną odbierałam je jako przytyk do mojej umorusanej porzeczkami buzi i rąk, którymi podszczypywałam przydomowe krzaki, do ogrodniczek, które znów wpadły w psią kupę, czy policzka pokiereszowanego gałęzią, bo maniakalne skakanie po gałęziach to moja słodko-dziewczęca specjalność.
Kochałam też i ten moment, kiedy Dziadek wychodził od Gospodarza, kiwał na mnie głową, pakował mnie razem z serem, mlekiem, jajkami i kwiatami do koszyka, kazał trzymać wszystko razem i każde z osobna, żeby się nie wylało, sprało, stłukło, puchło, i uruchamiał dudniące serduszko motorynki drocząc się jeszcze z ujadającym psem i plując na koguta. Rytuał plucia należał do moich ulubionych. Smark, chark i plask. Kogut mlask!
Kochałam i to: jak trzęsąc się w drodze powrotnej żonglowałam kwiatami, jajkami, cudami, latami. Przyciskając do piersi kankę z mlekiem, wiekiem, serem, selerem, śmiejąc się brudnym zębem, dębem do brzóz i sióstr, pól i siół, po serii zbereźnych przyśpiewek Dziadka na jego namiętne: - I jak, Mój Diable?!, odkrzykiwałam grubiańsko: – Paradnie!
A Dziadek śmiał się wtedy głośno, sprośno i trąbił na okołodrogowe kaczki, podrywając ich kupry, rozjeżdżając kupy, buty, trupy owadów, gluty, dając mi przy tym największą z nauk i najpiękniejszą z prawd: – Znajdź w sobie gluta, pluj na koguta, co przekładając na język ludzi dorosłych i poważnych, znaczy mniej więcej:
Życie jest cudem – nie bądź kogutem.


luty 20, 2008 @ 11:13 pm
Hrabalowo, Postrzyżynowo bardzo. Innymi słowy pięknie.
“Znajdź w sobie gluta, pluj na koguta” mnie powaliło, napiszę to kiedyś na jakimś warszawskim murze, o. ;P
luty 20, 2008 @ 11:24 pm
No proszę, mogę się policytować na umiejętności – tak to jest, że i ufne kotki zawsze się kładą się na kolana, co więcej bez walki i na dodatek pomrukują;)
luty 20, 2008 @ 11:25 pm
Wyzywam Cię! :)
luty 20, 2008 @ 11:26 pm
Podejmuję wyzwanie! :) wybierz oręż i do dzieła!
luty 20, 2008 @ 11:26 pm
Jak im grasz? I pewnie jeszcze śpiewają “My pierwsza brygada”? :PPP
luty 20, 2008 @ 11:29 pm
Fiu fiu.
luty 20, 2008 @ 11:45 pm
Jedni skupili się na pluciu, inni na koguciu. W notce naprawdę nie ma nic innego oprócz przemocy i seksu? :P
luty 21, 2008 @ 12:07 am
Ja się skłaniam ku interpretacji jako produkowaniu znaczeń. Tu są tylko czarne znaczki na białym tle, my dobudowujemy resztę:)
luty 21, 2008 @ 6:33 am
skąd ja to znam? jakbym przewijała film ze swojego dzieciństwa…
luty 21, 2008 @ 8:45 am
Ach, pięknie, pięknie!
luty 21, 2008 @ 7:17 pm
prócz seksu i przemocy? są jeszcze rymy pełne zadymy ;>
luty 21, 2008 @ 8:04 pm
“. Umiejętność przekonywania do siebie ptaków została mi do dziś.”
Chyba, że są to gołębie Poznańskie, nad którymi ja, i tylko ja, mam władzę. ;)
A ja zawsze byłem mieszczuchem, który ze wsią miał tyle wspólnego, co przodków, których widział raz, może dwa razy w życiu. Na szczęscie teraz mieszkam przy lesie, gdzie jest leśnik ze stadkiem kóz, kur i królików, ze świnią włochatą, pyskatą i buraki kochającą, z psem równie przymilnym, co wychudzonym i z pawiem oraz pawiczką. Las, magiczny las.
Julka: Znajdź w sobie gluta, pluj na koguta” mnie powaliło, napiszę to kiedyś na jakimś warszawskim murze
Koło ambasady Kogutlandu. :P
luty 21, 2008 @ 8:12 pm
:D:D:D:D
Rany!
Właśnie wróciłam od babci. I w turkoczącym tramwaju tak sobie wspominałam. Jak bywałam u Babci, gorące mleko prosto od krowy, wściekłe maciory pilnujące swoich maleństw, konia bez siodła, hamak i huśtawkę, poszukiwanie kretów, wiewiórek i jeży, maliny, gruszki, poziomki, agrest, winogrona, rabarbar z cukrem, marcheweczki! Siano sąsiadów!, szopę babciną. I te wozy, ciągnięte przez konika i staw pobliski i górkę ze śniegiem i studnię i wiadro na wodę, i bazy na drzewach!
Piękna notka, piękne dzieciństwo!
:**
luty 21, 2008 @ 10:34 pm
Mat, dobra myśl. Napiszemy razem za tydzień.
Obok ambasady kogutlandu jest… budynek sejmu. ;P
luty 22, 2008 @ 12:50 pm
Wszystkiego najlepszego z okazji DMB :)
luty 22, 2008 @ 8:55 pm
[...] tylko sobie wiadome ścieżki, którymi się pójdzie, gdy się dorośnie. Kiedy byłam ostatnio u Mag i czytałam jej notatkę o dziennikach motocyklowych, pomyślałam, że każdy powinien sobie [...]
luty 22, 2008 @ 10:16 pm
Dziękuję za pamięć Madame!
W DMB- jak zawsze myślami z Wami- “moją” Pangeą:-)
styczeń 30, 2009 @ 7:04 pm
[...] Dla zainteresowanych: o sztuce plucia na koguty można przeczytać tu. [...]