Wystarczyło tylko, że wyjechałeś na ten przydługi weekend, a już sprowadziłam sobie do mieszkania tabun facetów - wyszukanych, wyselekcjonowanych, potężnie zbudowanych i na temat. Specjalistów od teorii literatury, od historii, totalnych bzdur i pisemnych matur. Leżą więc teraz sobie wszyscy uwiedzeni, natchnieni, niezaspokojeni - jak jeden mąż na naszym łóżku ( czyż to naszym nie brzmi w tym przypadku przeokrutnie i bałamutnie z mojej strony? ) i czekają na jakieś amory. Niejeden pewnie zwiał w ten wieczór od żony, inny od kochanki, szklanki - Napoleona, burbona, Pana Tadeusza, wszystko wolno, hulaj dusza!
Ja tymczasem patrzę na nich z przymrużeniem oka i choć jednego nawet specjalnie wyróżniam ( ma swoje własne, choć ciasne - miejsce na półce, może tam trzymać szczoteczkę do zębów i miskę otrębów), to ochoty nie mam na ich mądrości, nagości, rozdziewiczania i zaczytania. Ach, bo ten za długi, ten za wątły, ów marudny, ów zaś krnąbrny. Jeden od tego, drugi od tamtego, Leca, Staffa i Goethego, od niechcenia i od czasu, prychów, kichów, wygibasów.
I choć łaszą się wołają, choć wzdychają, rację mają - o podmiotach, babach, chłopach, o klauzulach, majach, ulach; wiedzą, jak dotykać, ugryź, kochać, szlochać, porwać, puścić, znając sens dezyderatów, nosząc klucz paradygmatów, koncypując paralelnie - dobijają mnie cholernie.

***

Nie zastąpi mi bliskości, śmiechu, wzroku i nagości, ud, co boskie, ust, co słodkie i co są mi źródłem tlenu - kupa książek z pewuenu.

Karol, wracaj jużże do mnie, bożem tęsknie nieprzytomnie. :)