Koncypuję paralelnie i parataktycznie nad pasztetem zajęczym, gdyż natura jego nazwania wiedzie mnie do obłąkania. Będąc zaś w pełni władz umysłowych, duchowych, fizycznych i erotycznych, w głowie niewieścim mi się nie mieści, jak można spokojnie i ze zwyczajem zjadać pasztet z tym nazwaniem. To jakby sprzeniewierzać się całemu porządkowi świata, odbić dziewczynę brata, to tak, jak lubić buraki, słodzić twaróg, kochać flaki, jak nie lubić pić kakao, a to jeszcze będzie mało.
Pozostańmy przy kanonie – co ma pasztet na obronę?
No bo przecież moi drodzy, jakże zjadać nam się godzi – danie, które w dziwnym swym nazwaniu, jęczy nawet przy śniadaniu. Ha, by tylko nam jęczało, onoż piszczy, do zawału. Zaraz w myślach mam wyjątek o niedoli tych żyjątek, co skazane na pasztety, zdobią w kuchni parapety.
Trwoga, litość i współczucie – przeciw dumie, przeciw bucie, przeciw lansom na zające – choć parują się w tysiące.
Przeciw łapkom, co na szczęście, przeciw futrom, niechże będzie.
Boż nie godzi się by danie, zajęczało pogryzane.
***
Wnioski z notki płyną strużką – jęczeć sobie można w łóżku, a u stołu przy kobiecie, mówić nie trza o pasztecie.
Tags: pasztet, ponowoczesność, postmodernizm, zając


kwiecień 9, 2008 @ 8:06 pm
Hihi, ale cudna nitka ;p
Ale ja tam uwielbiam pasztet! Taki ze śliwką to mistrzostwo świata! Buraki są pycha, twaróg jadam tylko słodzony i nie lubie kakao.
No, ale z flakami rację Ci przyznam. Jedno z największych ohydztw,, jakie widział ten świat!
:P :*
kwiecień 9, 2008 @ 8:40 pm
Pasztet ze śliwką jest niezwyciężony- to fakt ;) A do łóżka to tylko ze śliwkami
kwiecień 9, 2008 @ 9:10 pm
Ha! A ja lubię flaki, kakao tylko bez kożucha, buraki ujdą. A pasztet – nie, dziękuję, chyba, że sojowy. Ten nie jęczy ;)
kwiecień 9, 2008 @ 9:13 pm
Muszę ważyć porę dnia i….nocy, gdy kuszony ciekawością, czytać Twego bloga chcę z lubością. Teraz późnonocna pora, a mnie ślina cieknie strużką i porusza srodze… chociaż jestem w łóżku. Niebezpieczne to czytanie, moc Erosa niech się chowa, gdy jękając… zajęczając pasztet chcę spróbować niesłychanie:-)))
kwiecień 10, 2008 @ 9:23 am
pasztety sa pyszne, no a zajaczki sa ladne, choc tez pyszne
kwiecień 10, 2008 @ 9:36 am
Buahaha… No cóż, pasztet też człowiek, co nie? :P
kwiecień 10, 2008 @ 6:22 pm
Wniosek wspaniały.
kwiecień 10, 2008 @ 6:35 pm
Ja również potwierdzam, że pasztet sojowy nie jęczy, więc jest jedynym właściwym. I nie jest zrobiony z niczego, z czym można by się zaprzyjaźnić, a to istotne ;p
kwiecień 10, 2008 @ 9:08 pm
Przyjaźń z krzaczkiem sojowym… no, nie zapominajmy o wpływowej grupie miłośników roślin, która kocha swoje kfiatki. Co oni na to? ;p
kwiecień 10, 2008 @ 9:49 pm
Eee-ee, soja nie spełnia podstawowych warunków, by się z nią zaprzyjaźnić – nie jest kudłata, mięciutka i milutka, nie mruczy, nie niucha, nie powarkuje, nie wykonuje ruchów żadną z kończyn, co w sumie jest dość zrozumiałe i nawet nie bardzo pośmierduje… A to znaczy, że można ją jeść bez wyrzutów sumienia ;D
kwiecień 11, 2008 @ 12:47 pm
Zachwycające są te twoje zające….
kwiecień 11, 2008 @ 7:50 pm
Chcę być świnką a nie szynką …
kwiecień 12, 2008 @ 11:43 pm
smacznego xD