dedykowane studentom polonistyki

Drogę wytycza się idąc - zuchwale, niedbale, bez kosmicznego wymiaru przyszłości, zbędnych form, stylu, względnej płodności - materii, która pcha nas, jak wiatr, który zwykł pchać - zające chmur po pasztecie nieba; - i przez ten jego spieczony pryzmat, mrugać i smarkać na życia miarę, na to, co zwykłe i to, co zastane.

Ulica Fredry wytycza się sama. Ciągle od nowa, ciągle od rana - ( choć w mym przypadku oj od południa, nie bądźmy śmieszni, przecież to studia), gwarna, tętniąca i roześmiana. Wysiadam zwykle na Teatralce, spódnica, włos blond, dłonie i palce, płaszcz, klaszcz w tramwaju, Collegium Maius! I chociaż mogę jeden przystanek przesiedzieć jeszcze w puszce blaszanej z numerem dziewięć, jeden i siedem, to wolę nogą podejść przed siebie.

Ulica Fredry - przyjemne metry.

Zaczynam tłumem, łokciem, bo umiem, i z mostu Nowy - kierunek Teatr, macham pociągom, we włosach nieład, a pod stopami żyły kolei, dudnią i tętnią, słońce się klei, do barier, kloszów, lamp i kaloszów, we wzorach dawnych, mostem wystawnych. ( Gdyby zabrakło dla mnie mieszkania, most ten zamawiam!). I tak od rana przemierzam szablon wzniesień miastowych, mijając parki, stajenki, głowy, co piwne - tlą się tuż pod pegazem, ciężkie i mokre za każdym razem. Dalej Mickiewicz w koszulce Lato, banda uczniaków, fontanna, zator na skrzyżowaniu tuż przed majusem, wszak na zajęcia spóźnić się muszę! Po lewej Wielki Teatr piosenki, satyry, grozy, sanie i płozy, opery, halki, jęczą kochanki pana Moniuszki, wcinam paluszki.

W końcu dochodzę, parkan, kiosk, słodzę, kawa na wynos ukryta w szatni, brak toalety, miast ławek nawy - więc jak w kościele ( w każdą niedzielę - choć doń nie łażę, Pan Bóg mnie skaże) cichnę i modlę się w wielkim skupieniu, nie przeczytawszy wstępu z BeeNu.