siostrze
W dzieciństwie mówiłam na nią kiełbasa, a ona na mnie salceson. Ja jej zabierałam kołdrę w nocy, a ona spychała mnie z łóżka. Kiedy mnie zdenerwowała, to kopałam ją, albo rzucałam kapciem, po czym wiałam, bo wiedziałam, że jak mnie dopadnie, to się fiołków tu i ówdzie dorobię. Siłować się z nią nie było sensu, była lepsza w te klocki. Toteż kiedy mnie lała, ja mogłam rzucać tylko inwektywami w stylu: gupia, debilka, bezbożnica – ostatnie określenie zaś było moim ulubionym, bo brzmiało dumnie i patetycznie, i tylko ja wiedziałam przez jakie ż się je pisze.
Łoiłyśmy się przy każdej okazji, becząc przy tym i wyzywając się na potęgę. A to, bo ja nie chciałam z nią iść do koleżanki, a to, bo ona bez pytania założyła moją bluzkę, a to znowu, bo zapomniałam ją odebrać z zerówki i siedziała tam sama całe popołudnie. Kiedy przychodziły wieczory względnego spokoju i wspólnego budowania domków z klocków LEGO, to nawet ją lubiłam, ale to moje lubienie kończyło się zawsze w ustalonym punkcie, w którym trzeba było uprzątnąć cały kosz zabawek. Ona wtedy kładła się, jak taki kot sflaczały na łóżku i mówiła, że mi nie pomoże, bo ją rączka boli. Nie znosiłam tego i za każdym razem przysięgałam sobie, że srutu tutu, więcej żadnych wspólnych zabaw, ale że jako Misiek był jeszcze orzeszkiem w misie bioder Mateczki, to przy każdych kolejnych razach, ze względną amnezją – godziłam się na jej towarzystwo, szybko i bystro.
Kacha była najlepszym miotaczem w historii Osiedla Zachód.
Pewnegoś razu, w czasie podwórkowej gry w palanta, która gromadziła zgraję dzieciaków roześmianą i spieczoną słońcem sierpniowym, kiedy znowu hasałyśmy jak nienormalne zgarniając wszelkie bazy i łapiąc same lewe, kłócąc się przy tym niemiłosiernie ( chyba, że byłyśmy w jednej drużynie, co ze względu na miłość wzajemną prawie nigdy nie miało racji bytu) i wyzywając – nie tylko ze sobą, ale i z całym otoczeniem – stało się coś, co z perspektywy czasu jest dla mnie jednym z najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa, największym doświadczeniem przeszłości, prawdą widzianą oczami krótko ostrzyżonej dwunastolatki namiętnie celebrującej gumę balonową.
Zaczęło się tak, jak zawsze. Kłótnia o byleco, bo ktoś rzucił prosto, ktoś stanął krzywo, Anka znowu pobiegła za szybko, a Kaśka nie chciała grać.
I Kacha nie chciała grać puszczając focha, więc Sławek wziął kija palantowego, podszedł do niej w ten rozżagwiony i rozpalony wakacyjny wieczór sierpniowy, i zdzielił ją nim raz, a dobrze.
Raz pierwszy i raz ostatni, bo kiedy usłyszał ryk wydobywający się z mojej piersi i wrzask rozsadzający całe podwórze, to zaprawdę, zwątpił w niebo, ziemię i swoje miniaturowe przyrodzenie, a jeżeli nawet tego nie zrobił, to powinien był to zrobić za chwil kilka.
Dziewuchy w pisk, Kacha w szloch, Sławek w długą.
I Magda, siewca Armagedonu, za kij i za Sławkiem.
Tak, jak Hektor uciekał ongiś przed synem Pellidy, tak kolega eS ze sraką w gaciach puścił się przez osiedle. A za nim, jak błyskawica, kozica, niczym Mirko Crokop w rękawicach, mknęłam ja z wrzaskiem i szlochem. I kijem.
Widząc moją heroiczną pogoń i jeszcze bardziej heroiczny ryk, kumple z podwórka się przyłączyli i tak już natenczas kawalkadą jęliśmy tegoż zbira gonić.
Rachu ciachu i go machu. I kiedy Paweł złapał go i przytrzymał prowadząc do mnie, kiedy ten łobuz i bandyta! czekał na mój wyrok kijowy, straszny, morowy, to ja wycierając smarki w rękaw i chwytając go za koszulę ( tak, jak chwytają na filmach) zamierzyłam się na niego namiętnie. A on widząc wzrok mój opętany i gniew bezsilny, co jak morze, zaczął płakać i przepraszać mnie za to, że uderzył moją siostrę i że mu przykro, i że naprawdę brzydko postąpił, oj brzydko.
A wtedy ja przejęta już do granic i wielce wzruszona, powiedziałam mu tylko, że ma sobie iść, i więcej nie dotykać moich bliskich, bo mu zrobię kontrabas z dupy. ( Wiedziałam, że zazwyczaj z dupy się robi trąbę, ale kontrabas miał w sobie to, co i bezbożnik – brzmiał dumnie i patetycznie.) I rycząc na potęgę, bo zawsze było ze mnie wrażliwe dziewczę, choć impulsywne i choleryckie, puściłam się pędem w drogę powrotną, żeby siostrę uściskać, siostrze pomóc, przy siostrze być.
Sercem, wielce!
A widząc ją rozmazaną i zdrową, siedzącą z koleżankami na murku i uśmiechającą się nieśmiało do swego Achilla rączego i gniewnego, w drżeniu wieczornego powietrza przeciążanego dobrymi uczuciami, szczerością poczynań i siostrzaną miłością, wzruszona i kochająca – powiedziałam krótko: – Kaśka, ale z Ciebie debil.
Tak, zawsze potrafiłam opisywać i wyrażać to, co czułam.
Dlatego też i dzisiaj to robię.
***
Siostra, pamiętaj, że choćby nie wiem co, to mnie masz. I co z tego, że jestem słabsza, że jestem starsza, brzydsza, leniwsza. Że jesteśmy tak daleko od siebie i że czasem trudno nam ze sobą rozmawiać, to kocham Cię tak, jak się kocha raz pierwszy i raz ostatni. I gdyby komuś przyszło do głowy znowu zamierzać się na Ciebie kijem palantowym, to możesz mieć pewność, że postąpię tak samo, jak wtedy. Tyle tylko, że debil powiem temu zasłużonemu, a nie Tobie.
Kacha, love.


kwiecień 17, 2008 @ 7:51 pm
Zawsze chciałam mieć starszą siostrę. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. ;)
Historię o Palancie opowiadałaś kiedyś w poznańskiej kawiarni, pamiętasz? Ech, cała Ty. Łzy i mordercze instynkty. :D Zdjęcie przeboskie.
kwiecień 17, 2008 @ 8:26 pm
Ja akurat zająłem zaszczytne 3-cie miejsce na podium jako najmłodszy. A moja o 11 lat starsza siostra – mimo, że o głowę niższa – zawsze zwraca się do mnie Mały. Do dziś wypomina mi, że gdy koleżanki gdzieś szły z kolegami to ona musiała się mną zajmować, albo usypiać. Zawsze była taką moją druga mamą i tez ją kocham, bo zawsze na siebie możemy liczyć.
Starsza siostra to skarb. Z tego, co opisujesz wynika, że Ty takim skarbem jesteś. Ważne, by młodszeństwo tak Cię postrzegało.
kwiecień 17, 2008 @ 10:00 pm
Historię o Palancie słyszałem już chyba dwukrotnie, a teraz mam ją przelaną na cyfrowy papier. Siostrę mam młodszą i nie chciałbym mieć starszej bo byłbym przez nią bity. :P
kwiecień 18, 2008 @ 5:45 am
Gdyby nadal w plemionach ludzkich ceniona była instytucja opowiadacza, to headhunterzy wyrżnęliby się w pień, by cię zdobyć do swojego teamu…
Wspaniała, siostrzana love story!
kwiecień 18, 2008 @ 12:48 pm
Nic nie zastąpi miłości siostrzanej (chociaż nie – ogólnie rodzeństwa). I chociaż się biło, kłóciło, nawet dochodziło do tego, że ja z moją siostrą wyrzucałyśmy sobie rzeczy przez okno, to w sumie bez siostry nie byłoby w życiu tak fajnie.
kwiecień 18, 2008 @ 1:22 pm
Eeee! A ja, wychodzi, jedyna jedynaczka… A zawsze chciałam mieć rodzeństwo – starsze, młodsze, nieważne! Cóż, pozostawało cioteczne, ale nie mieszkali ze mną i byli starsi… Ale do tej pory pamiętam, jak mnie Eryk (6 lat starszy) straszył kartami albo jak mu pomazałam zeszyt (wtedy jeszcze z nami mieszkał…)… Albo jak z Martynką się lalkami bawiłam, jak chodziłyśmy po podwórku, jak chodziłyśmy razem do szkoły czy razem wracałyśmy… :( A teraz porozjeżdżało się to towarzystwo, ni ma… :(
kwiecień 18, 2008 @ 7:24 pm
I ja robię za starszą siostrę. I chyba jestem typem siostry wrednej i wiecznie naburmuszonej. Mój Misiek łatwego życia ze mną nie ma, oj nie… No ale, kocham to to paskudztwo ośmioletnie do granic i kiedyś się nauczę okazywać! O! :P
kwiecień 18, 2008 @ 7:39 pm
Omg. xD Też sietak wyzywaliśmy z rodzeństwem. ;) Jeszcze brata mam – to martadela. Nienawidzę drani. ;P
kwiecień 19, 2008 @ 12:18 am
A pamietasz Siostra ’szafe trzydrzwiowa’??:) Tez za Toba tesknie i tez mozesz zawsze na mnie liczyc, ale mimo wszystko w pokoju nie powinnysmy przebywac razem dluzej niz 5 min:) KOCHAM CIE MADZIU:*:*:*:*
kwiecień 21, 2008 @ 12:04 pm
U mnie jest całkiem ciekawie. Ja mam 2 siostry i jestem najstarszy. Jedna jest młodsza o 8 lat a druga o 23 :)