To było takie popołudnie, że słońce rozrzygało się po wszystkich parapetach, sklepach, kobietach, brudząc dookoła nosy, policzki i czoła - lepiącym się kompotem swoich wnętrzności. Po czym w całości stoczyło się pijacko bełkocząc i bekając bąkami toczącymi się, jak bąbelki w winie musującym, wypełniającym wannę bioder. Tobie, zachciało się pić.

W tym czasie sąsiad namiętnie wwiercał się w spokojność swojej żony, głośny, ciężki, napalony, jak gdyby naturalnie wkomponowany w to popołudnie przynależne brudnie i butnie jękom. Ręką sięgnąłeś po szklankę.

Wtedy sąsiad wszedł na wyższy stopień remanentów, z ręcznego na techniczny, głośny, ciężki, aż bakchiczny, do namiętnej pasji wiodąc żonę, mnie, sufit z podłogą, cały blok, bo choć niedziela jemu robót się zachciewa. Tynk się sypie.

A ty łykiem wzburzasz wannę moich bioder tak, że dłużej już nie mogę i podchodzę ciebie sobie, patrząc jak to słońce błogie się odbija w katafalkach małych węży na firankach i w pryzmacie szyby drzwiowej kręci tęcze pokojowe. Sok jabłkowy.

To jest chwila, w której sąsiad rozpoczyna znowu swoje penetracje ścian. Pan za oknem wrzasnął skromnie do idących kwietniem pań, że za rogiem w naszym sklepie można dostać bułki z mlekiem, sernik, piernik, kalarepę - taki fun.

A ja patrzę okiem, bokiem, jak nalewasz sok. Co z okien - zdjął pijackie plucie słońca i odbija się paląco w zalewanym trzmielu nam. Taki robak, param pam.