W dni marszczące się od nagrzanych języków kwietnia i poprzetykanych parzeniem się mleczy, siadywał na ławce przed domem w słomkowym kapeluszu i spodniach z szelkami, by rozkwitać, niczym dorodny berberys w czas jagodobrania. W dni takie zwykł przeglądać gazety lwowskie dostarczane mu tu na Pomorze przez zaprzyjaźnione konspirantki kioskowe i jeść jabłka razem z ogryzkiem, co było dla mnie źródłem niekończącej się inspiracji, z tej przyczyny, że sama wykańczałam się tuż pod skórką.
Zawsze z niecierpliwością czekałam do końca ostatniej lekcji w szkole, w ich zachłannej i monotonnej ilości czterech lub pięciu – wszak czwarta klasa podstawówki zobowiązuje. Mijałam w myślach drogę powrotną do domu z jej punktami orientacyjnymi, a więc: Pana Buka, co rósł dumnie i potężnie przed espe siedem, Aleję Wróżek (nadawanie nazw miejscom: sentymentalno-banalne) na wiosnę lansującą się piżamą białych kwiatów ze śpiącymi w nich rozpustnikami trzmielami – zawieszoną między jednym osiedlowym śmietnikiem koloru: butelkowa zieleń zarząd miejski, a drugim, i kilka asfaltowych dżdżownic pęczniejących od żaru przedpołudni, porozgniatanych przez piłkę i podchody dekonstruowane piskami oraz nawoływaniem dzieciarni: pobite gary!
A kiedy docierałam do gazówki zarośniętej dziką różą i piaskownicy, w której śmiercią naturalną – przez uduszenie, umarł niejeden resorak, niejedna łopatka, to już z daleka widziałam tego bąka tużpopołudniowego, iskrzącego się w słońcu i machającego sandałami nad koloraturą płytek chodnikowych malowanych w m + k = wynymy lub: gośka jest gupia!
I z poczuciem, że oto zawsze ktoś na mnie czeka, zawsze ktoś mnie wygląda, składa gazetę w taki sposób, że można ją zamknąć w pięści i rzuca kamieniami w gołębie – biegałam wyczynowe sto metrów na trasie – dzikie róże – on, z kolanami rozwalonymi na krawężnikach, rękami popisanymi mazakami, dziurą w prawej czwórce i kamieniem-płasakiem w ręku, którego codziennie wyszukiwałam po drodze – by wpaść w te ramiona silne, choć wiekowe, zdać szybko relację z dzisiejszego dnia, wpakować sobie do ust pół paczki miętówek i patrzeć jak płasak leci na gołębie, i wywołuje w ich dekadenckim towarzystwie prawdziwą furorę pomieszaną ze sraniem pod siebie.
***
Dni te miały smak berberysu i głogu. Obecnie ławki przynależnej machaniu sandałowemu, czytaniu konspiracyjnie przemycanych gazet i chowaniu miętówek po kieszeniach już dawno nie ma. Stoi pewnie teraz w swoim własnym niebie ławkowym, gdzie znajdują się inne, do niej podobne. Jeżeli się dobrze przyjrzeć, to do dziś siedzi na niej on, połyka jabłka w całości i rżnie w tysiąca z Semenem Petlurą oraz Tarasem Szewczenko. Do brydża brakuje im jeszcze mnie.
Tags: berberys, droga, dziadek, gołąb, karty, semen petlura, taras szewczenko, ławka


maj 21, 2008 @ 12:27 pm
Jeszcze im tylko wina nalej.. jeszcze…
Brydż na tej ławeczce marnie by wypadł, ale jakie rozmowy można prowadzić, albo jakie myśli przywołać… piękny skrawek pod niebem:-)
maj 21, 2008 @ 4:47 pm
Iście Schulzowskie. Się leje lepko przez monitor. To musiały być piękne dni.
maj 21, 2008 @ 7:35 pm
O, widzę, że Ty też jesteś amatorką skórek jabłkowych – ja też jadłam tylko skórki, miąższ mnie nie obchodził ;p
A co to jest płasak?
maj 21, 2008 @ 8:39 pm
Płasak – to jest płaski kamień na gołębie (:
maj 21, 2008 @ 8:55 pm
Niebo ławkowe! To jest to!
A mnie źli ludzie usiłowali wmówić, że nie istnieje skarpetkowe niebo, do którego idą skarpetki, które były grzeczne. Albo sankowe, działające na analogicznych zasadach. Ha, wiedziałam, że kłamali! ;D
maj 22, 2008 @ 9:56 pm
za to ja zawsze wracałam drogą mleczną ze szkoły, wszystko było mleczne, truskawkowe, i na około, by jak najdłużej iść przez tą czarodziejską krainę, wiele rzeczy poznikało, ławek z podpisami także już nie ma – a teraz jest nadzieja, że istnieje ławkowe niebo, na które sama bym w życiu nie wpadła – przechowalnia tego, co minęło. ;]