>wszystkim tym, którzy pragną dojrzeć do dzieciństwa<
***
Cóż to jest epoka genialna i kiedy to było? Tu zmuszeni jesteśmy stać się na chwilę całkiem ezoteryczni jak pan Bosco z Mediolanu, i zniżyć nasz głos do wnikliwego szeptu. Musimy pointować nasze wywody wieloznacznymi uśmiechami i, jak szczyptę soli, rozcierać w koniuszkach palców delikatną materię imponderabiliów. Nie nasza wina, jeżeli czasami będziemy mieli wygląd tych sprzedawców niewidzialnych tkanin, demonstrujących w wyszukanych gestach oszukańczy swój towar.
Więc czy epoka genialna zdarzyła się, czy nie zdarzyła? Trudno odpowiedzieć. I tak i nie. Bo są rzeczy, które się całkiem, do końca, nie mogą zdarzyć. Są za wielkie, ażeby się zmieścić w zdarzeniu, i za wspaniałe. Próbują one tylko się zdarzyć, próbują gruntu rzeczywistości, czy je uniesie. I wnet się cofają, bojąc się utracić swą integralność w ułomności realizacji. A jeśli nadłamały swój kapitał, pogubiły to i owo w tych próbach inkarnacji, to wnet, zazdrosne, odbierają swą własność, odwołują ją z powrotem, reinterują się i potem w biografii naszej zostają te białe plamy, wonne stygmaty, te pogubione srebrne ślady bosych nóg anielskich, rozsiane ogromnymi krokami po naszych dniach i nocach, podczas gdy ta pełnia chwały przybiera i uzupełnia się nieustannie i kulminuje nad nami, przekraczając w triumfie zachwyt po zachwycie.
A jednak w pewnym sensie mieści się ona cała i integralna w każdej ze swych ułomnych i fragmentarycznych inkarnacyj. Zachodzi tu zjawisko reprezentacji i zastępczego bytu. Jakieś zdarzenie, może być co do swej proweniencji i swoich własnych środków małe i ubogie, a jednak, zbliżone do oka, może otwierać w swoim wnętrzu nieskończoną i promienną perspektywę dzięki temu, że wyższy byt usiłuje w nim się wyrazić i gwałtownie w nim błyszczy. Tak tedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te stacje i etapy po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego zwierciadła.
Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, genialną epokę naszego życia.
Możeśmy ją w diminucyjnym zapędzie, sterroryzowani nieobjętością transcendentu – zbyt ograniczyli, zakwestionowali i zachwiali. Gdyż mimo wszystkich zastrzeżeń: ona była.
Ona była i nic nam nie zabierze tej pewności, tego świetlanego smaku, który mamy jeszcze na języku, tego zimnego ognia na podniebieniu, tego westchnienia, szerokiego jak niebo i świeżego, jak haust czystej ultramaryny.
Dzieciństwo.
Tags: Bruno Schulz, dzień dziecka, Genialna Epoka


czerwiec 1, 2008 @ 9:59 am
Nie każdemu pisana taka genialna epoka. Nie każdy ją przeżył.
czerwiec 1, 2008 @ 10:24 am
Moje dzieciństwo to smak jagód ze śmietaną, gdy w wieku 2 lat w lipcu 1963 roku (jakaż pamięć emocjonalna) przebyłem wraz z o rok starszą Wioletą drogę ucieczki do ukochanego dziadka Romana.
To słodki zapach akacji otaczających obok potężnych klonów nasz ponadstuletni dom, ogród, który przeorałem łopatką budując umocnienia i schrony wojskowe, czerwone i żółte porzeczki… etc. etc.
czerwiec 1, 2008 @ 12:47 pm
Oczywiście, że była…
czerwiec 1, 2008 @ 12:57 pm
Łans egen – oczywiście, że była…
(do zapamiętania: korzystać z opcji “wyloguj” ;p)
czerwiec 1, 2008 @ 3:12 pm
Ta epoka się zdarzyła, ale czasem mam wrażenie, że wkrada się w sposób oryginalny do codzienności, obecnej chwili – sprytnie, cichutko, czasem jak poczuje zapach deszczu majowego, smak gumy do żucia, zobaczę Daimosa ;] itp. czuję dzieciństwo całą sobą, jakby mnie przenikało.
sis – pokaż swoją twarz xD
czerwiec 1, 2008 @ 5:56 pm
Mag odświeżona! Wracam i patrzę i czytam za szybko, by nadrobić zaległości:)
Epoka genialna trwa nadal – są dowodyn np. w postaciu blogów…
czerwiec 2, 2008 @ 1:05 pm
Ta ulotność, oniryzm i efemeryczność? To ma być niby dzieciństwo? A gdzie ta realność stąpająca po ziemi i niebie, gdzie ta rzeczywista jedność światów, w którym nie odgrywało się ról, ale było się tymi postaciami, gdzie krasnoludki żyły tuż obok skarpetek, a pluszaki nierzadziej mówiły od zwierząt w Boże Narodzenie; ciało bolące od ran zadanych przez dzikich, podczas towarzyszeniu Tomkowi po różnych krainach. Możecie zostać przy swoich językowych post przeżyciach, ja zostaję przy swoich realnych niewerbalizowalnych faktach.
czerwiec 2, 2008 @ 4:35 pm
Dziatwa Wyspiańskiego ma w oczach nieufność do świata dorosłych ;P . W pewnym momencie napuchnięty wiedzą człowiek musi na nowo uczyć się, jak postrzegać to, co dzieje się poza jego głową – a przecież Schulz był dzieckiem prawie przez cały czas ;) .
czerwiec 2, 2008 @ 6:21 pm
#impactofreality
Schulz w wieku trzydziestu lat karmił muchy cukrem. Podczas lekcji opowiadał swoim uczniom bajki, żeby w ten sposób lepiej zrozumieli materiał i przyswoili sobie wiedzę. Żył życiem stęsknionym i chłonnym, dążącym do odzyskania tego, co pierwsze, co najprawdziwsze – a więc dzieciństwa.
To, co zarzucasz Schulzowi realizuje się u niego w sposób odwrotny. Podwójnie, potrójnie. Słowo, to tylko i aż regeneracja pierwotnych mitów, to przywrócenie. Genialna Epoka Schulza była w jego recepcji i mitologice, jak najbardziej realna, odnosząca się do realnych przeżyć i doznań. Dziecięcych, najbardziej wartościowych, bo służących odpoznaniu, odpięczętowaniu nieznanego i w takim kształcie – przełożeniu go na nieskończoność.
Schulz nie odwołuje się w realizowaniu tęsknoty za dzieciństwem do oniryzmu i efemeryzmu. Nie wspomina minionej świetności, lecz ją projektuje w przyszłość. Przyszłość, do której należy dojrzeć.
Genialna Epoka ma dopiero nadejść i wyzwolić nas z prozy życia. :)
# Sypee
A tam, się nie zgodzę (: On raczej dojrzał do dzieciństwa – to nie znaczy, że był dzieckiem cały czas.
czerwiec 2, 2008 @ 7:31 pm
Osesek tkwiący gdzieś w środku wyrośniętego człowieka nigdy nie ginie – trzeba go tylko obudzić :) . Kiedy zgubimy umiejętność modelowania rzeczywistości za pomocą wyobraźni, zaczynamy się zwyczajnie starzeć – więdnąć, gasnąć, flaczeć. Oczywiście zdobywanie doświadczenia jest kluczem do dojrzałości, ale czy zazwyczaj nie utożsamiamy jej z cechami, które posiadają dzieci? Szczerość w wyrażaniu własnych uczuć sprawiała, że Bruno był bliższy osobowości dziecka (co nie ma nic wspólnego z dziecinnością przekazu :) ). On rekonstruował wspomnienia za pomocą słów – nie cofał się, sięgając wstecz. Mogę się mylić – może to już było – ale ja kochanką Schulza nie jestem, więc się nie znam – trzeba przymknąć oko na moją amatorszczyznę :)
czerwiec 2, 2008 @ 9:16 pm
Nie cofał się, rzeczywiśnie. Zmierzał naprzód – ku Genialnej Epoce. (:
( to wiąże się też z aspektem czasu, który bałwochwalił. czasem kołowym, cyklicznym, obrotowym)
PS. Tam, kochanka. Zwykła nałożnica ;P A nawet nadłożnica, skoro czasami leży pod łóżkiem ;P
czerwiec 2, 2008 @ 9:47 pm
To właściwie nie chodzi o samego Shulza, co o język. Dopóty nie wrócimy do rzeczywistego języka raju, dopóty wszystkie opisy i słowa będą tylko próbowały oddawać bezmiar morza w dwóch wymiarach.
czerwiec 3, 2008 @ 7:05 am
Język jest tylko pomocnikiem, wytrychem, kluczem. Każdy posługuje się takim, jaki, w jego mniemaniu, pozwoli mu dotrzeć do tej wytęsknionej GE. (:
czerwiec 3, 2008 @ 10:23 am
Nie można dotrzeć za pomocą języka do faktów. To jak tańczyć o architekturze – podobne, może coś przedstawić, może nawiązywać, ale nigdy nie będzie samą architekturą ;]
czerwiec 3, 2008 @ 10:52 am
A to już nie jest ogólne i jednoznacznie bezsprzeczne, że się nie da.
:Proces usensowiania świata jest ściśle związany ze słowem. Mowa jest metafizycznym organem człowieka.
Uważamy słowo potoczne za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa.: :)