Posted by: Mag on: 03/06/2008
Gore!
Roztapiam się, jak krówka ciągutka, zajączek czekoladowy, lody waniliowe z bitą śmietaną i wiejska pasztetowa pozostawiona na słońcu. Parzę się i gotuję.
Rozebrałabym się bardziej, gdybym mogła, ale niemoc polegająca na braku możliwości, to żadna niemoc.
Toteż rozżagwiam się po pokoju, patrzę, jak rozpływa mi się ramię, klei się do szafek, zostaje na łóżku, kiedy zbyt gwałtownie się ruszę i rozciąga mi się na dystansie między poduszką a klamką, w wielkim piekarniku blokiem zwanym, gdzie w rzędach blach i przegródek cukrują się panie i płyną panowie.
Lato powinno być zabronione w mieście. Puchnięcie przystanków, topienie się korytarzy, mikrofalówki w tramwajach, gdzie w zbiorowych kanapkach dochodzi się do temperatury wrzenia, serki gotujące się w torbie na trasie stu metrów między sklepem, a kuchnią, napoje gazowane znikające z lodówek ruchem prostolinijnie przyspieszonym, czy okna na wschód, dzięki którym o ósmej już nie da się wyleżeć w pościeli – stając się płynięciem pogód.
***
Tak. Lato powinno obowiązywać wszędzie poza miastem. Na wsi, nad morzem, w górach, w lesie i nad jeziorem. Od biedy na basenie i w kościele – w tym ostatnim jest zawsze chłodno. W cieniu drzew, brodzeniu w sadzawkach, polach rzepakowych i ziemiankach ziemniakowych. W pełnym słońcu na łące, ogrodzie rządzonym przez koguta, załomie domu, który prawie wrasta w las i biwaku okołowodnym, gdzie po wyjściu z namiotu można wpaść do rzeki.
W przeciągach i sadach, w towarzystwie Dejvida Hasselhoffa i na plaży w Miami; w piosence Świetlików i u Reymonta w tomie czwartym. Rano w radiowej Trójce, przy Zabijaniu Drozda, w koszyku Adeli, wracającej niczym Pomona z ognia dnia rozżagwionego i w smaku Lejsów koperkowo-ziemniaczanych.
***
Więc o co lato.
Na szczęście mój dom jest schronieniem zimą od zimna, latem od upałów. Żona z córką w największe upały stopy przykrywa kocykiem. Współczuje wszystkim pasztetowym i cukierkom krówkom… schowawszy się w swoim ciepłochronie radośnie cieszę się chłodem.
upał. jakby klaustrofobiczny, bezlitosny upał Południa – mieszka w niektórych opowiadaniach z “Gorącego oddechu pustyni” Herlinga
u Stasiuka (chyba więcej w “Fado” niż w “Babadag”) też, ale już inaczej – duszący, pokryty kurzem ukrop Albanii, znieruchomiałe z żaru wioski Rumunii
a gdzie ten motyw chłodu, gdzie orzeźwienie?;)
pozdrawiam z wrocławskiego piekarnika:)
Ja póki co cieszę się tym, że świeci słońce i jeszcze nie zaczęło mi to przeszkadzać. Co prawda picie gorącej kawy na rozgrzanym balkonie nie jest komfortowe, ale wystarczy zamienić zawartość kubka na truskawki i już.
Czuję, że do kościoła prędzej zaprowadziłby mnie mróz. ;)
I stopped into a church
I passed along the way
You know, I got down on my knees
And I pretend to pray
ano goraco w poznaniu (jak w piekle?)
[...] stypendium naukowego. Najwyraźniej rzeczywistość dookoła mnie ma inne plany: pogoda ewidentnie nie sprzyja, dziwnym trafem akurat teraz zaczęły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, w tym samym czasie [...]
[...] o tym, że mam ochotę letnio pozrzędzić ubolewania, wpisujące się w niezwykle inspirujący nurt narzekań na niedogodności sesyjno-atmosferyczne: [...]
03/06/2008 @ 11:30 AM
czas się schować do palmiarni, temperatury ta same, ale przyjemne złudzenie egzotyki i jeszcze te nawilżacze powietrza…bo żadne przygodne skwerki nie ratują sytuacji, niestety.