Budzi mnie godzina chwilę po ósmej i walenie słońca o parapet namiętne i skwarne, piszczące w zawiasach okien otwieranych na oścież dla Pana Lipca, który już rozebrał wszystko i wszystkich dookoła, a teraz sam odczynia perwersyjny negliż w odbiciu szyb, które topią się, jakgdyby same były z cukru kroplonego przez język lata.
Teraz, kiedy mam jeszcze chwilę wytchnienia przed odczynianiem harców po sadach, ogrodach i pokojach z moimi wychowankami wakacyjnymi, mogę pozwolić sobie na bardzo leniwe wstawanie, odganianie kołdry, pochwilowe się w nią zaplątywanie i wsiąkanie w przestrzenie gdzieś na odcinku między odsłoniętym pępkiem a żmijnym ramiączkiem nocnym zaplątanym w róg poduszki.
Chwilę więc marudzę w tym nasączeniu, mleku pod powiekami i brzemieniu ramion opuchniętyc
h i ciężkich od snów, by potem spaść z łóżka starym zwyczajem ciągnąc za sobą kołdrę i poduszkę, podgramolić się do okna, zadławić się ultramaryną poranka i pofikołkować troszę po pokoju w pląsach i podśpiewkach na nutę swojską i fałszywą. Wpaść następnie w kieckę zwiewną, letnią, włosy wnieładne w węzeł polny, szybko zawiązać, ziewnąć trzy razy do lustra, mrugnąć porozumiewawczo do kota naprzeciwległego, co na parapecie sąsiada liże przestrzenie i wypaść w to plucie słońca, zbiec po schodach, co trzy stopnie, co cztery, z hukiem lądując na miękkich podeszwach i wprawiając w drżenie ciężkie drzwi klatki schodowej, wypaść na świat, który po mocnym, nocnym śnie ma umytą twarz.
I podzieńdobrować trochę do panów kosiarzy, którzy oleiści i pachnący rozdziewiczają pierwsze chwasty i kwiaty polne; pobiec kawałek z psem szczekającym na muchy, rozgonić całe to musze towarzystwo, popatrzeć, jak pani na drugim piętrze skarpetka na balkon sąsiada ucieka pranna i nie wyrobić na zakręcie wpadając na tegoż też sąsiada obułkowionego oraz przeserowionego, który kłania się w pas i jeszcze raczy grzecznym słowem, odlotowem. A potem wrócić się z dzwonieniem gardłowym, perleniem się płuc i oddechem po listy, których się ze sobą nie zabrało, a które biegnie się słać, i znowu dudnić, tętnić na klatce schodowej, pozdrawiać kosynierów, burzyć zaśnienie prań sąsiedzkich i klamerek wpijających się w zażyłość osznurowań, i wpadać po zaułkach, kątach, kocich skwerach w to rano rozparcelowane po wszystkich chodnikach, uśmiechach i kropelkach potu wykwitłych niczym tatuaże na ramionach przechodniów spieszących się w miejsca sobie tylko znane, nanizane na cykl dnia, jak wata cukrowa na słodkie patyki.
I biec tak, aż do końca tego dwudziestoczterogodzinnienia w zadyszeniu, zapętleniu w rzęsistość powietrza oblanego jagodową polewą nieba, w której chmury, jak dobre myśli dziergane są z mleka i bitej śmietany. I skończyć się totalnie, gdzieś między godziną północną, a pierwszą, w pościeli z bratków i kałamarzy piór, oddających się miękkim kształtom ud i bioder, w perspektywie pępka nawiniętego na żyłkę nieskończoności.
Tags: dzień, lato, lipiec, list, poczta, rano, słońce, wakacje


lipiec 3, 2008 @ 2:59 pm
Ależ się rozpędziłaś wszystkimi słowy i skojarzeniami. Pląsająca, zapętlająca etc. etc. Umęczon w kilka minut, jakbym cały dzień z Twoim Panem Lipcem spędził:-)))
lipiec 3, 2008 @ 8:22 pm
Magiczna Mag.
lipiec 6, 2008 @ 5:15 pm
Niby leń, a jakie pracowicie dopracowane marzenia ma :>
lipiec 6, 2008 @ 10:02 pm
i znowu mam ochotę zakosztować nieba ;]