Bawidełka

Hey Joe!

Posted by: Mag on: 25/10/2008

dla Marcina, który jest idealnym dopełnieniem tego trójkąta ;)

P
oznałam go w pewien piątkowy poranek i od razu zalazł mi za skórę. Po grubiańsku wdarł się na trzeciego między M. i mnie, chciał od razu pić herbatę, jeść tosty, przykrywać się kołdrą po sam czubek nosa i robić setkę innych, codziennych rzeczy, do robienia których się najzwyczajniej w świecie nie nadawał. Mizdrzył się i czarował M., który z wrodzoną sobie uprzejmością i genialnością twierdził, że w sumie to nie jest on taki zły i że wygląda całkiem ładnie – gładząc go przy tym po policzku, co już było szczytem wszystkiego. Dżoł – bo o nim mowa – przyjął to chyba za dobrą monetę i postanowił zostać z nami aż do dzisiaj. Niechgo.

Na początku wygonił mnie do apteki. Posłusznie schowałam się w wysoki kołnierz płaszcza i zlazłam te dwanaście pięter w dół, żeby przypadkiem nie wynikła z tego jakaś grubsza afera. Apteczyna doradziła mi nie drażnić i nie prowokować Dżoła, bo może być nieprzyjemny w pożyciu. Przede wszystkim zaś nie powinnam go dopuszczać do słodyczy, bo wszystko wyżre – jak twierdziła. Potulnie przyjęłam jej rady, dokładając jeszcze do nich ostateczny jejmowy pomysł – eksmisja intruza – co w danym momencie mnie przerosło i skupiłam się na serwowaniu Dżołemu jego ulubionych ziółek, po które mnie o tak niecnej porze zgonił. Na nieszczęście moje, ole, zioło wpłynęło na Dżoła w sposób odwrotny do zamierzonego i zamiast wprawić go w humor potulny i ugodowy – rozeźliło go na dobre. Zaczął mnie chuligan szczypać i kopać. Stosowanie metody: zimnem go, gorącem go, zimnem go – zachoruje i umrze – nie poskutkowało. Dżoł został z nami na dobre.

Kamil na jego widok, spotkany w niedzielę, spacerem, postanowił obfotografować go ze wszystkich stron: bo taka okazja nie często się zdarza. No tak – jeszcze tego by brakowało, żebym w świat, za pan brat, z Dżołem i dumnym czołem. On sam w ramach wtopienia się w tłum robił za mój trzeci policzek i zgarniał wszystkie słodkie całusy od M., co już nawet nie było szczytem wszystkiego, a szczytem szczytów i szczytem w szczycie, należycie. Lubił też, jak śpiewaliśmy mu Hey Joe i głaskaliśmy przed snem, pozwalaliśmy spać na drugim boku i chowaliśmy go w cieple kołnierza; za to obrażał się wielokrotnie, kiedy ukradkiem udało mu się przeczytać wiadomość od M.: kopnij Joe’ego w dupę, gdziekolwiek ją ma, czy gdy dowiedział się, że wdarł się między nas na krzywy ryj.

Niemniej nic na dłużej nie skutkowało, Dżoł uparł się, postanowił zostać już po wszystkie dni mego istnienia – na zawsze przy tym skazując mą twarz na niesymetryczność i trójpoliczkowość. Dżoł, mały, okrutny Joe Monster, nie wiedział jeszcze, że tak jak on potrafił zaleźć za skórę mnie, tak i ja potrafię jemu.

25
października, dzień poznański słoneczny i podmroźny, dentyszczyna mówi: zajęte – i każe mi czekać na korytarzu. Więc czekam. Ze mną jakiś chłopak lat może dwudziestu. Patrzy się to na mnie, to na Dżoła. Po chwili pyta: boli? - Mhm – odpowiadam cicho. Widać – mówi on i łapie się za swój policzek - mnie też rwie jak sam szatan. - Mówię do niego Myster. Myster & Dżoł, joł joł. Czekanie mija nam na nerwowym skubaniu fragmentów odzieży i łapaniu się za części ciała naszych współtowarzyszy niedoli. Oczekiwanie umilają wrzaski z gabinetu i czyjś podniesiony głos: ale krwawi! Myster po kilku przyczajkach i oklepaniu swojego mniejszego po męskiemu decyduje się zostawić mnie samą na placu boju. Dżoł nie kryje radości. Puszy się i rumieni. Nic na to nie mówię, głaszczę Dżoła, tak, że niczego się nie spodziewa i z ponurą satysfakcją myślę o wszystkich tych przeboskich specyfikach, które już za chwilę wyeksmitują go z mojej przestrzeni życiowej, forever.

Dentyszczyna ma stary sweter w choinki i duże okulary muchy. Już na wejściu zapowiada mi, że kocha Gierka i że chciałaby go spotkać po drugiej stronie. Dżoł ją kokietuje i zachęca do rozmowy, na co ona natychmiast przystaje i zaczyna snuć swoją opowieść o czasach na ka, które oczywiśnie były lepsze i o dyktaturze w szkołach, której jest namiętną zwolenniczką. Dżoł piszczy z radości i puka mnie w podbródek, a ja zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego i światem, który właśnie zamyka mi się na przestrzeni dentyszczyna – gierek – joe, mamooł!
Pierwsze skrzypce gra oczywiście ten ostatni, puszy się już tak, że zaczynam go czuć przy migdałkach, fryzuje i wypina się nieskromnie. Dentyszczyna w końcu bierze go z zaskoczenia i łoi jakąś żółtą miksturą, w której zapachu mieszczą się wszystkie stomatologiczne koszmary małych dzieci. Dżoł zaczyna wyć, ja razem z nim. (Przywiązałam się chyba.) Następnie dentyszczyna okłada go preparatami i cuchnącymi maściami, zawija w ligninę jak w pieluchę i każe walić antybiotykiem, aż się nie wyprowadzi. Dziękuję, od razu lepiej się czuję, hu hu. Hey Joe, tell me what are ya gonna do.

***

25 października, godzina 21.14, Dżoł jest po dwu porcjach antybiotykowych i kuracjach nawadniających. Póki co, myśli chyba, że to wakacje i wciąż puchnie, ale już nie opala się na czerwono, tylko na biało, jak śnieg, brzeg, jak kakadu.

Spieprzaj dziadu!

Odpowiedzi: 3 do "Hey Joe!"

Dobij dziada! Dobij!

powoli odchodzi do wieczności;)

Poetycko opisać bóle w jamie ustnej? No kto jak nie Mad@!

Że tez kiedyś moją życiową ambicją było zostać stomatologiem!

Dodaj komentarz

Katalog

(c)Teksty chronione prawem autorskim. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie zawartości bloga wymaga indywidualnej zgody autora za każdym razem! (c) All rights reserved. Any unauthorised use of any content from this site is in direct violation of copyright!

CZYTELNICY

  • 120,969 wejść