Posted by: Mag on: 16/02/2009
Ostatnio się przeprowadziłam. I nie mam tu na myśli, bynajmniej, sfery jakiejś czysto materialnej, fizycznej, wielkiej paki od góry do dołu załadowałej książkami, wypchanej milionem ubrań na sto sezonów, kartonów z uwaga szkłem ryzykownie chwiejących się na pasach w posępnych ciężarówkach, sterty notatek bez żalu oddanej na pożarcie śmietnikowi i okolicznym skupom makulatury; a gdzie tam. Przeprowadzka owa jest raczej z cyklu tych wewnętrznych i duchowych, spowodowana pobudkami wyższymi, nie sprowadzona broń boże do chuci, czy innych całodniowych ekscesów.
A zatem – mieszkam w Bibliotece Raczyńskich. Jako, że oczywiście z przeprowadzką zwlekałam dobre kilka miesięcy – doprowadziłam do niebezpiecznego nawarstwiania się, komplikowania i przeinaczania faktów. Po pierwsze – mam problemy z oświetleniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że w znacznej mierze jest to li tylko i wyłącznie moja wina. Umysł mój nie może sprostać zadaniu, ufnie poddaje się wszechogarniającemu go lenistwu i ani myśli zapalić się się do działania. To raz. Dwa – mam znaczne opóźnienia w rachunkach. Co prawda Urząd Egzekwowania Powinności łaskawie przesunął mi termin ostatni z ostatnich na koniec lutego, ale z powodu wyżej wymienionego braku jakiegokolwiek oświecenia zdaje się, że z ową stertą papierzysk będę zalegać jeszcze jakiś czas. Trzy – bardzo dokucza mi wszędobylska młodzież, która w obliczu matur i wszelkich prac magisterskich nawiedza Bibliotekę w chichach i ochach. I nie dość, że zakłóca spokój tymi jawnymi naruszeniami mojej przestrzeni życiowej, to jeszcze wypożycza wszystkie najpotrzebniejsze mi książki, bez których rachunków nie ruszę!
Niezdatna i niezdolna do pracy wszelakiej siedzę więc w zaimprowizowanym pokoju nauki wraz z kilkunastoma innymi osobami; do znudzenia wertuję Foucaulta i Barthesa, obserwuję zmieniających się w sali dyżurujących, bawię się włącznikiem od lampek bardzo staroświecko pochylonych nad wysłużonymi blatami stołów i próbuję czytać o dekonstrukcji, postmodernizmie, Lyotardzie, awangardzie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko jeszcze pokoju sypialnego z głębokimi łóżkami i krochmaloną pościelą, gdzie można by było wpadać na krótką drzemkę między jedną formacją deminutywną paradygmatu o temacie „pantofel” a wydedukowanym z teorii intertekstualności wpływie stopy na prosemiotyczny ośrodek kory mózgowej odpowiedzialny za podniecenie.
Mag,
jestes niesamowicie zdyscyplinowana i podziwiam Cie. Ja napisalam swoja prace magisterska w cztery dni i cztery noce oraz kawalek poranka przed ostatecznym terminem jej oddania. Najostateczniejszym, po ktorym nic juz nie bylo. Szczerze powiem, ze nie pamietam w szczegolach czego dotyczyla, ale niczego przyjemnego, bo pisalam z prawa karnego. Rozumiem, ze z literatury tak sie nie da :-) Wiec sciskam kciuki, ale spokojnie, do konca lutego mnostwo czasu :-)
16/02/2009 @ 12:57 PM
nikt Ci w to nie uwierzy