Posted by: Mag on: 26/06/2009
Budzę się i nic nie muszę. Uczucie to przekracza wszelkie wcielenia absolutu. Budzę się i mogę wstać, wyjść przed dom, pochodzić po deszczu, kupić dwie bułki, następnie zjeść je, popić waniliową herbatą i znowu się położyć, bo dlaczegóż nie miałabym się kłaść? Patrzeć w sufit – jak marszczy się w politurze korowodów słonecznych, tych karawan promieni odbywających pielgrzymki przez ogromne przestrzenie moich ścian, zawijać się w kołdrę niczym taki sobie żuk kosmaty, przejść się do kuchni, do piwnicy, wypić szklankę mleka na balkonie, patrzeć jak to mleko wylewa się w swojej końcówce do zlewu i osiada w sitku obleśnie i wulgarnie. I pozwolić sobie na ten luksus nie myślenia o niczym, czyli myślenia o wszystkim. I po prostu wyjść i kupić mięso oraz warzywa bez żadnego pośpiechu, zatrzymując się na placach zabaw, przed każdym przejściem dla pieszych, przed pełną godziną i wystawą z książkami. I wybrać sobie taką, na którą najzwyczajniej w świecie ma się ochotę, a potem wpaść w nią w depresji fotela i odpływać gdzieś tam sobie, odpychając się nogą w marcinowej skarpetce od polichromii dywanu.
cudowny wpis, poczulam to, choc sama mam problem z tym, by poprostu byc.
oddawaj skarpetę !
A ja mam już dość takich chwil. Potrzebuję zajęcia!
Twoje teksty są nie na mój rozum. :)
26/06/2009 @ 3:10 PM
fantastyczne uczucie, aktualnie także się nim cieszę ;]