Posted by: Mag on: 03/07/2009
Co za ranek – jak gdyby ofiarowany w podarku dzieciom z plaży. Z tym słońcem koloru najczystszego piasku, szorstkiego i wilgotnego jak język w otwartej ranie nieba, przeznaczonym tylko na określone okazje i miejsca, zbrodniczo dziś wykwitającym w samym centrum miasta, w nagrzanym tramwaju, w dyskretnych plamach potu pojawiających się na zagięciach koszul. Ranek dziwnie uroczysty i dziecinnie naiwny, rozpuszczający nawet najbardziej dystyngowane miny i profesjonalne makijaże. Aż taki!, że ma się ochotę schodzić boso po śliskich kamieniach w dół rzeki, łowić ryby, czytać Panią Dalloway pod jabłonią i zamawiać u sąsiada koszyk czereśni na kompot, a nie zostawiać roztopione dłonie na poręczach i oparciach w środkach komunikacji miejskiej, dusząc się wcześniej w tymczasowej, jakże szczerze nielubianej, pracy.
Chociaż, pomyślała Pani Dalloway, może właśnie po to się czegoś nie lubi, żeby potem lubić coś innego podwójnie. I że może jest to pewnego rodzaju nagroda, coś jak burza po całym skwarnym i nieznośnym dniu pracy, w której to szalenie przyjemnie idzie się do domu zlizując krople wody ze spierzchniętych ust i obserwuje dzieci mające prawdziwie bosą ucztę w zagłębieniach ulic pełnych od deszczówki. Śmiejących się i piszczących – nie wiadomo – czy to z powodu deszczu, który spazmatycznie pada i paruje na ich słonecznych karkach, czy też ze wszystkich tych pań, które jak jeden mąż zamieniają się od tuszy loreala i cienia mejbelina w misie panda ze słodkimi, czarnymi obwódkami wokół nienaturalnie białych oczu.
Bo po burzy – świat ma czystą i umytą twarz.
Madzia ala panda, w sosie blyskawicznym ;)
Bardzo to romantyczne. A tutaj pada i pada i pada ….
03/07/2009 @ 12:32 PM
świat piękny, jakby uszminkowany do fotografii.
(czy jakoś podobnie)
Poświatowska?